Blog poświęcony Anime Durarara!! Znajdziesz tu opowiadania yaoi (mężczyzna x mężczyzna) Shizaya (Shizuo x Izaya), Izuo (Izaya x Shizuo) i IzaKida/Kizaya (Izaya x Kida). Jeśli nie tego szukałeś i treści tu przedstawiane ci nie odpowiadają prosimy o opuszczenie tego bloga. Pozostałych zapraszamy do czytania.

piątek, 18 kwietnia 2014

Izuo - Nie chodzi tylko o twoją krew


Hejo~!!! Wybaczcie, ale ja bardzo lubię Shizuo i Izayę w odsłonie Wampir i Egzorcysta x3 tylko imiona mają badziewne x.x (Pritzuo i Izetsuki - kto to wymyślał? x,x) więc zostają jako Shizuo i Izaya... 
Ale wracając bardzo ich lubię i wyprosiłam u Inu tego oto Role play'a ^^ Do tego jest to Izuo ^^ Tylko przez to, że wolicie żeby shoty z nimi zostały w zwykłych one-shotach jest wielki problem gdzie to umieścić xD ale ok... jak tam wolicie *wybitnie jej się to nie podoba, ale jest w mniejszości więc siedzi cicho*


O-ha-yo~!
To ja "wyprosiłam", żeby było Izuo, więc mam nadzieje, że ci, którzy tego nie lubią jakoś to przeżyją~... X33 Po prostu mam ogromną fazę na Izuo, a za swoje nadal nie mogę się zabrać, tym bardziej, że teraz znów będę miała zabierany komputer (ciekawe, czy zdążę planowo z następną notką)~...

Ostatnio zrobiłyśmy ankietę, nie mogąc się pogodzić, gdzie powinni być... No właśnie, powinni być Shizuo i Izaya wampir i egzorcysta, czy może zwyczajnie Pritzuo i Izetsuki~... Opcja, by byli w one-shot'ach była moja. Teraz jednak zauważyłam,że opcja z alterami byłaby słuszna. W końcu jeśli damy to w one-shot'y ktoś, kto ich szuka w tej odsłonie, nie domyśli się po tytułach. Ponadto, gdyby nawet oddzielić shot'y z wampirem i egzorcystą, to wyglądałoby to jakoś nieładnie w spisie zwykłych one-shot'ów.
Dlatego mam nadzieję, że nikomu nie będzie to przeszkadzało, ale przeniesiemy ich jako altery.
No, za dużo informacji o nich, ale to już koniec dyskusji i więcej tego gadania nie będziecie musieli czytać. X33

A teraz (awu~!!! <33) role-play z naszą kochaną parką~...
(*Wybitnie wielbi tą notkę*)
(*Kiasarin też uwielbia te parkę i ma na nich fazę od zeszłego listopada*)
Enjoy~! >w<







     Izaya tanecznym krokiem przemierzał urokliwe, choć zupełnie pozbawione światła, uliczki francuskiego miasteczka. Być może gdyby ktoś go zobaczył uznałby go za dziwaka, jednak tak się nie mogło stać. Spacerujący wesoło dwudziestojednoletni brunet w długim, czarnym płaszczu idący ciemną uliczką jedynie przy nikłym świetle księżyca, wyglądał zbyt nieprawdopodobnie. Dumny z siebie i ciekaw kolejnego dnia rozmowy z nowo poznanymi ludźmi nie mógł się doczekać jutra. Cały dzień spędzony w słońcu był dla niego męczący, ale wytrzymywał to bez choćby grymasu niewygody. Te małe, kruche istotki interesowały go do tego stopnia. Ubolewał jedynie nad tym, że w ich obecności jego głód się wzmagał. Oczy płonęły czerwienią, jakkolwiek starał się to ukryć. Wiedział, że potrzebuje krwi, ale nie mógł przecież wykorzystać któregoś ze swoich kochanych pionków. Westchnął i głęboko zaciągnął się wieczornym powietrzem. Wiatr zawiał z innej strony sprawiając, że do nozdrzy Izayi wleciał lekko słodki i metaliczny zarazem zapach.
- Kilkaset metrów na zachód. - mruknął do siebie, uśmiechając się szerzej. Oczy znów zapłonęły czerwienią, a zęby wydłużyły się, przybierając postać kłów. - Shizu-chan~!
     Młody, postawny blondyn przemierzał ulice i uliczki wielkiego miasta. Nie wiedział, kiedy dokładnie minął granicę poprzedniego, nie wiedział, jak wiele czasu minie, nim znajdzie się w kolejnym. Tylko dwie rzeczy pozwalały mu orientować się w tym, gdzie jest. Ostatnio minięta karczma i ten specyficzny smród... Smród ciała, które dawno powinno być martwe, lecz nie było. Nadal kalało swoją bytnością ten świat. Miał zamiar przywrócić je ziemi... Nie ważne, ile by to zajęło. Nienawidził go. Nienawidził tej wstrętnej pijawki...
- Dopadnę cię. - warknął w mrok, prostując się. Instynktownie dotknął pięknego, inkrustowanego miecza w kształcie krzyża, przypiętego do jego pasa. Ludzie naprawdę sądzili, że wampira da się zabić byle osikowym kołkiem. Nieprawda. Ten jeden, święcony miecz był gwarancją jego prawdziwej śmierci.
     Musiał tylko w końcu do niego dotrzeć... Odnaleźć, dopaść, zabić...
- I po co grozisz w przestrzeń Shizu-chan, gdy jestem tuż za tobą~!- Uśmiechnął się wesoło, lądując nieopodal. Bądź co bądź blondyn śmierdział na kilometr wodą święconą. - Smutno mi, że mnie nie lubisz, wiesz~? Ja chyba lubię cię bardziej niż powinienem~... - zachichotał znów, obserwując jak Shizuo zaczyna orientować się w sytuacji i jak na jego usta wstępuje mściwy uśmiech. - Czemu tak mnie nienawidzisz~? Przecież nic nie zrobiłem~...
- Nic...? - syknął, szybko wyciągając miecz z pochwy. - Nie pieprz, Izaya... - Jego uśmiech tylko się poszerzył. - Jesteś wstrętną pijawką i tyle by wystarczyło! - warknął, ustawiając się w odpowiedniej pozycji na wypadek ataku. Zresztą... Sam miał zamiar zaatakować! Zakończyć to, teraz, natychmiast!
- Nic~! - zgodził się wesoło. On dla odmiany stanął sobie beztrosko, a nawet podszedł kilka kroków do blondyna. Na co mu była taka śmieszna postawa? - Może według ciebie jestem pijawką, trudno~... Ale nic ci nie zrobiłem, żyjesz prawda~? A mogłeś już dawno umrzeć...
- To, że nie umieram od twoich ugryzień nie znaczy, że dam ci się znów pogryźć! - wywarczał. - Powinieneś umrzeć... Mniej zapasów krwi stracimy. Mniej ludzi... - Zmarszczył brwi i zamachnął się mieczem. Przy jego sile taki gwałtowny ruch był możliwy, nawet z tak ciężką bronią. Jednak na Izayę i tak było to za mało, dlatego skupiał się jak mógł, by w końcu go trafić.
- Ro~zu~miem~! - Uśmiechnął się wesoło, schylając. - Nie musisz być zazdrosny Shizu-chan~! - Wstał, obejmując rękoma jego szyję. Oblizał się delikatnie i miał nadzieje, że niezauważalnie. - Tylko ty mnie obsługujesz, jeśli cię to pocieszy~! Tylko twoją krew piję... Czy dzięki temu wpadam w lepszym świetle~? W końcu cię nie zdradzam~! - zachichotał, przesuwając nosem po jego szyi. Może i było tam mnóstwo wody święconej, ale krew pachniała tak cudnie~... - Pozwolisz mi~? - zapytał, wysuwając kiełki. Miał taką ochotę już go ugryźć, już teraz... Z siłą Shizusia nie byłoby chyba problemu... Byłby bezbronny, ale... Przecież chodzić by mógł, byłby tylko bezsilnym człowiekiem, więc może już teraz się napić? Chociaż kilka kropelek...
- Nie. - mruknął, jednak zamarł. Już dobrze przeczuwał, że cokolwiek powie, to i tak nastąpi... Znów został pokonany. - I co, teraz mnie zostawisz i dasz się zabić? Skoro już powiedziałem, że "nie"? - prychnął. Izaya nikogo nie słuchał... Tego również w nim nienawidził.
- Wiesz przecież, że pytam tylko z grzeczności. - Przewrócił oczyma. - Ale liczę, że może jednak się zgodzisz co~? Wiesz... Potrafię sprawić, żeby było ci przyjemnie w zamian za drobną przekąskę~... Co ty na to? - Polizał go po szyi. Czuł pod językiem dziko pulsującą krew, chciał już zatopić w niej swoje kły, już się napawać tym cudownym smakiem, ale nadal czekał. Nie wiedział na co, był pewien, że Shizuo znów się nie zgodzi, ale czuł się w ten sposób lepiej. Bardziej fair w stosunku do niego.
- Aż tak ci smakuję? - zaśmiał się ochryple. To nie zmieniało faktu, że go nienawidził... - Nie. Nie chcę cię. Nawet, jeśli się "odwdzięczysz", to nie jest przyjemne dla mnie. - prychnął. Chciał wywołać w nim złość, frustrację, zranić go, chociaż tyle w zamian za to, że przegrał... Jednak wiedział, że Izaya jest tylko wampirem. Kimś, kto od zewnątrz żył, ale od środka najprawdopodobniej był martwy. Nie mógł go tym zranić. On nie czuł. Był tylko potworem, który nie powinien chodzić po tej ziemi.
- Rozumiem, że mnie nienawidzisz~... - zaczął znowu. Naprawdę nie rozumiał, po co się starał... - Ale czy to sprawia, że nie możesz odczuwać przyjemności~? Powiedz mi Shizu-chan... Kiedy to było ostatni raz, co~? Kiedy ostatni raz byłeś naprawdę szczęśliwy, czułeś się błogo~? Nie chciałbyś się tak poczuć, wiem jak to zrobić... Wystarczy mi jeden... mały... łyczek~. - mruczał, na przemian wąchając i liżąc jego szyję. Ostatecznie przejechał po niej zębem. Na szczęście nie przeciął skóry... Jeszcze mógł nad sobą panować, jakoś.
     Heiwajima stał niewzruszenie, czekając na jego następny krok.
- Daj spokój. - prychnął. - Starasz się udawać, że masz sumienie? Czy przekonać mnie, bym oddał ci całą moją krew? Wiem, jak się czuję po twoich ugryzieniach i nie wmówisz mi, że to jest błogość. Wiem też, że i tak to zrobisz. - dodał niemal beznamiętnie, chowając miecz, którego pewnie zaraz i tak nie mógłby utrzymać.  - Nie krępuj się, i tak tym razem przegrałem. Uwolnij swoją prawdziwą naturę, żebym mógł w końcu zabić cię, nienawidząc cię jeszcze bardziej.
     Izaya jeszcze przez chwilę pocierał nosem wybrane przez siebie miejsce, jakby próbując się zmusić do ugryzienia. Jednak odsunął głowę, nic nie zrobiwszy.
- Nic nie rozumiesz Shizu-chan~... - westchnął spoglądając mu głęboko w oczy. Gdyby Shizuo też się przyjrzał, pewnie zobaczyłby smutek, ale przecież blondyna to nie interesowało. - Nie ugryzienie ma sprawić, że będzie ci dobrze... Po prostu ugryzę cię gdy będzie ci dobrze, tak żebyś nie poczuł, że boli... Zgadzasz się? - Próbował cokolwiek zobaczyć. Naprawdę choćby jedną nutkę niemego przyzwolenia w oczach blondyna. Tylko tyle.
     Shizuo zmarszczył brwi. Miałby okazać słabość...? Tej pijawce? POZWOLIĆ mu się ugryźć?
     W życiu.
     Mimowolnie jednak przypomniało mu się, jak było ostatnim razem. Jego oczy tylko na parę sekund straciły groźny wyraz, gdy dał się ponieść fali wspomnień. Zaraz jednak wrócił do rzeczywistości. To nie miało prawa się dziać. Powinien był wykończyć go już dawno. Już dawno pozbawić go tego sztucznego życia, już nigdy go nie usłyszeć.
- Mowy nie ma. - warknął, starając się przywrócić do tu i teraz, z dala od swoich myśli. Nawet na chwilę nie spojrzał w jego oczy.
- Widzę, że jednak myślisz sobie co innego~! - Uśmiechnął się wesoło, chwytając go za rękę. - Choć Shizu-chan~... Przecież nie będziemy się bawić na ulicy~! - Nadal uśmiechnięty pociągnął blondyna w stronę jednego z lepszych apartamentów w mieście, który wynajął na czas konferencji naukowej, przez którą w ogóle się tu pojawił. - Cieszę się, że jednak uważasz to za przyjemne~! - dodał, idąc szybko.
- Nic takiego nie mówiłem! - warknął. Walczył sam ze sobą między chęcią zgniecenia go a jednak użyciem miecza, co byłoby dość nieporęczne. - Dokąd ty mnie tak właściwie ciągniesz??? Czy kiedykolwiek mówiłem, że wygrana daje ci możliwość ciągania mnie gdziekolwiek?! - Szedł za nim, sam nie wiedział, dlaczego. Nogi niosły go całkiem wbrew jego woli.
- Do domu~! - Uśmiechnął się wesoło, odwracając do blondyna. - Wiesz Shizu-chan, możesz sobie mówić co chcesz, ale widziałem w twoich oczach, że jednak ci się podobało~! - Ciągnął go dalej. Już byli prawie na miejscu. Jeszcze tylko jedna przecznica. - Nie rozumiem tych twoich dziwnych zasad. "Wygrałeś" "przegrałem", co to znaczy~? - mruczał dalej. Nie potrafił tego pojąć. Wystarczyło że uchylił się od miecza i dotknął jego szyi i wygrywał. Shizuo tak łatwo mu ją dawał... Mimo, że się zapierał, to przecież pozwalał mu, prawda~? - Może ty faktycznie tego chcesz...
- Nie chcę! - zaprzeczył, w końcu wyrywając rękę z jego uścisku. Było mu wręcz gorąco ze złości. Jasne, że nie... Nienawidził tego plugastwa, jakim były wampiry!!! A już szczególnie tej durnej pijawki... - Nie chcę. Nie chcę cię i już. Wcale... Wcale a wcale mi się to nie podoba. Powinieneś dawno umrzeć. - wybuchnął w końcu. Co on sobie myślał...? Shizuo był tu, by go zabić, nie by... Robić takie rzeczy i do tego karmić go swoją krwią. Nienawidził go. - Nie waż się wmawiać mi, że tego chcę. Następnym razem cię zabiję, jasne??? - Odwrócił się, zaczynając iść w przeciwną stronę. Oczywiście, że miał zamiar go zabić. Tym razem jednak został pokonany, co według zasad jego honoru oznaczało, że jeszcze nie mógł go zabić. Dopiero po uczciwej wygranej.
- Więc czemu nie zabijesz mnie teraz? - Spojrzał na niego poważnie. - Możesz mi nie wierzyć, ale w ciągu całego życia nie skrzywdziłem ani jednego człowieka. Nie wiem skąd twoja złość i czemu akurat uwziąłeś się na mnie, ale muszę przyznać, że mnie to cieszyło. Dobrze słyszałeś, cieszyło mnie, dopóki mogłem być blisko. Sam chcesz, żebym to zrobił, pozwalasz mi na to, nawet idziesz tu za mną i nagle mnie zostawiasz. Wygrałem tak? Więc chcę moją nagrodę... - Zachował się jak dzieciak. - Przegrałem? To proszę, moja kara... Wybieraj.
     Odwrócił się do niego, wściekły.
- Czego ty tak właściwie chcesz?! - wydarł się. - Zostawiam cię na razie żywego, nie wystarczy ci?!
     Skąd te krępujące, obłudne słowa, skąd ten ton...? Naprawdę nigdy nikogo poza nim nie tknął? Akurat...! Cieszyło go, że mógł być blisko...? Chyba w snach!
- Ciebie. - mruknął tylko cicho, znikając za drzwiami domu. Tak, już prawie go tu zaciągnął. Nie wierzył, aby Shizuo do niego przyszedł i nie winił go wcale za to, ale miał jak każdy taką głupią nadzieję, że jednak się pomylił. - Pół tysiąclecia i się nie nauczyłeś idioto? - zapytał sam siebie, wchodząc po schodach. Tak zaszalał. Jego mieszkanie było w sumie całym dwupiętrowym budynkiem, a wszystko przez to, że liczył na noc z Shizuo. Otworzył okno na piętrze i spojrzał na księżyc. - Za kilka dni pełnia. - westchnął do siebie, dalej patrząc w niebo.
- Jakby cię to obchodziło. Nie jesteś wilkołakiem. - mruknął, opierając się o framugę z niezadowolonym wyrazem twarzy. Walczył z sobą długo, zupełnie jakby nie wiedział, jaką decyzję podjąć. A w końcu i tak podjął tę złą. Nie wiedział, dlaczego. To był impuls. Coś kazało mu za nim iść. Nienawidził go, a jednak nie był w stanie się temu oprzeć. To było dziwne, wyjątkowe uczucie, któremu nie potrafił się oprzeć, nie ważne do jakich głupot go prowadziło. I tak, po sporze z samym sobą, i tak wspiął się na górę, podążając za tym  znienawidzonym smrodem. Na jego usta wypłynął szyderczy uśmiech. Nie wierzył w to, że popełnił taką głupotę...
- Shizu-chan~!!! - Szczęśliwy zeskoczył z parapetu, na którym zdążył wcześniej usiąść i z szybkością wampira wpadł na Shizuo, tuląc się do niego. - Nawet nie wiesz jak się cieszę~! - szepnął mu na ucho i się odsunął. - A więc witam egzorcystę w moich skromnych progach~! - Ukłonił się szarmancko. Chciał go jeszcze pocałować w rękę, ale pewnie dostałoby mu się za to. - No i jak ci się podoba~? - Zrobił piruet, patrząc na bogato zdobiony sufit. - Jeszcze przez dwa dni jest mój~!
- Przypominam, że mam imię, pijawko. - warknął i rozejrzał się obojętnie. Sam spał w karczmach, na słomie, często gryziony przez pchły... Czasami na gołej ziemi. - Nie ma to jak wykorzystywać nielegalnie zarobione pieniądze, co? - prychnął, zakładając ręce na piersi. - Czy może używałeś tych swoich "sztuczek", co?
- No przecież wiem~! Nazywasz się Shizu-chan~... - Nie rozumiał o co chodzi, przecież blondyn na zawsze pozostanie Shizu-chan'em, więc o co się czepia? - Gdybyś chciał robić za przenośny pojemniczek z krwią mógłbyś mieszkać ze mną~! Ale ponieważ wiem, że się nie zgodzisz nawet ci tego nie proponuję~... - zachichotał, siadając na miękkim fotelu. - Siadaj~! Chcesz coś zjeść? Albo się napić? - Starał się mu dogodzić... Nie chciał tak do razu przystępować do rzeczy. To nie było w jego stylu, musiał się nacieszyć. - A odpowiadając na twoje pytanie, pieniądze zdobyłem legalnie, choć używając moich "sztuczek" jak je sam nazywasz~!
- Czyli nielegalnie. - podsumował. - A na imię mam HEIWAJIMA SHIZUO - zaakcentował - nie zapominaj... Bo wyjdę. - zagroził, choć czuł się z tym głupio. Też mu groźba... - I nie, podziękuję. - Przez cały dzień zjadł tylko pieczonego królika, a picia nie miał w ustach od paru godzin... Ale nie miał zamiaru brać czegokolwiek od tej pijawki. Nawet, jeśli miał chęć na wino. Tym bardziej.
     Izaya parsknął.
- Piękna groźba. - pochwalił. - Shizu-chan~! - dodał już z premedytacją. - Pomogłem ludziom i dostałem za to pieniądze, czy to źle~? - Bo przecież... Skorzystał ze swoich mocy dla dobra ludzi, pomógł, może nawet ten morderca którego wydał dzięki swojemu wampirzemu słuchowi zostanie zabity przez jakiegoś kata? Albo powieszony? - Należy mi się pochwała nie uważasz~? - zapytał wesoło, przybliżając usta do szyi blondyna. Uśmiechnął się zadziornie, przerywając takie "straszenie" gościa. - A mnie się coś wydaje, że się napijesz~! Kawa, herbata, wino, whisky, piwo... - wyliczał. Jako gratis do apartamentu dostał całkiem pokaźny barek, a przecież on jako wampir nie potrzebował żadnego trunku, nie musiał nawet jeść. Jego najukochańszy trunek siedział sobie właśnie przed nim - Coś też na pewno chcesz zjeść~! - zastanowił się. A może Shizuo się martwi, że zatrute? - A jeśli nie ja przygotuję jedzenie, a poproszę o to człowieka w twojej obecności... Do tego sam wybierzesz sobie kto gotuje i co chcesz zjeść? - Nie wiedział na jakie większe ustępstwo mógłby pójść.
- Z twoimi umiejętnościami poprosiłbyś człowieka... No ciekawe. Jakoś w twoją dobroć nie wierzę, wybacz. - dodał niemal ironicznie. W jego towarzystwie naprawdę miał ochotę upić się i iść spać, chociażby na podłodze... To był nawet ciekawy pomysł. - Wziąłbym jakieś wino, ale chyba nie wypada wierzyć, że nic w nim nie pływa, nawet gdyby było wciąż zapieczętowane. - dodał. Nie, zaraz... On go podpuszczał, a przecież wcale nie powinien przy nim pić. Nie, nie miał zamiaru dawać mu tego, czego chciał, to mu w ogóle było nie na rękę... Fakt, przyszedł tu, ale nie po to! Przyszedł, bo... Tak jakoś...
- Poproszę przy tobie~! - zachęcał dalej. Naprawdę Shizuo powinien więcej jeść, sama z niego skóra i kości... i wielka kupa mięśni. - Boję się, że coś i zrobię jak będziesz taki niedożywiony. - dodał cicho. Podszedł do barku, wyjął dwa kieliszki i butelkę jakiegoś wina. Spojrzał na etykietkę i się uśmiechnął. - Wspomnienia~... - Tak, spojrzał na rok. - Trzymaj Shizu-chan, ponoć jest doskonałe~! - Wytarł kieliszek bawełnianą szmatką... Choć nie wiedział po co, on nigdy nie czuł różnicy w smaku wina, no ale cóż, może to dlatego, że wampiry mają inny zmysł smaku. - To co chcesz zjeść~? - Uśmiechnął się wesoło.
- Nic mi nie zrobisz. - warknął, patrząc na niego wściekłym wzrokiem. - Jasne? - Przyjął wino i odkorkował jedynie dzięki swojej sile. Co prawda teraz zwietrzeje jak nie wypije go do jutra... Po przemyśleniu, skoro było zakorkowane to mógł wypić. Nie powinien też się upić, skoro jego ciało miało to do siebie, że było odporne na większość trucizn i temu podobnych... Na alkohol też, no chyba, że już w nieludzkich ilościach. - I nie musisz nikogo prosić. Jutro coś sobie upoluję i zjem, najwyżej. - Wzruszył ramionami, pociągając łyk z butelki. Barbarzyński sposób picia... dla niektórych. Jemu tak się piło najlepiej.
- Masz kieliszek. - Pokazał szklaneczkę. - Są po to, żeby sączyć wino, a nie pić na litry~! - pouczył go. - Poza tym słyszysz siebie~? "Upoluję i zjem", nawet wampiry tak nie mówią... No a przynajmniej nie ja~! Jak zamówię pieczonego prosiaka będzie dobrze? - upewnił się. Już stał w drzwiach, gotów zejść i najnormalniej w świecie poprosić. Bądź co bądź używanie mocy go wykańczało a i tak miał mało energii. Zwykłe proszenie było dla niego już naturalne... Po co miał hipnotyzować ludzi, jego wrodzony urok zadziała. - Poza tym... - zaczął. - Jak będziesz pić na pusty żołądek zaraz się upijesz~! - Nie wiedział czemu go tak zachęca... Chociaż może lepiej było powiedzie, że nie wiedział po co to robi, gdyż z pewnością blondyn i tak odmówi... a on i tak kupi mu tę kolację.
- Mnie nie zdarza się upijać. - wzruszył ramionami. No dobra, zdarzało mu się, ale tylko wtedy, gdy tego chciał... - I nie chcę jedzenia. Nie chcę ci być nic winny, więc cokolwiek zamówisz, nie zjem tego, jasne? Moim celem jest cię zabić, nie jeść za twoje pieniądze i się zaprzyjaźniać. Polowanie jest normalne. I zdecydowanie lepsze od zabijania ludzi dla przedłużenia życia, kiedy powinno się już nie żyć. Rozumiesz? - Nawet na niego nie spojrzał, tylko spokojnie upił kolejny łyk. No cóż, ono nie liczyło się do jego wdzięczności... Akurat tyle litrów krwi, ile Izaya go pozbawił, było warte dużo, dużo więcej.
- Nie jem ludzi. - powtórzył stanowczo. - Myślisz, że czemu przychodzę prosić cię o krew? - zapytał retorycznie. - I tak dobrze wiesz, że zamówię ci tego prosiaka. Mówisz, że nie chcesz robić sobie u mnie długów, a pomyślałeś ile ja jestem winny za tę całą krew? Jak nie zjesz dziś to sobie weźmiesz na drogę... Jeśli boisz się trucizny... Pomyśl jaki sens dla mnie miałoby zabicie ciebie. Nawet jeśli jestem dla ciebie tylko podłym krwiopijcą, co nawiasem mówiąc wcale nie jest prawdą, jaki sens miałoby pozbawianie się źródła pokarmu? - Zakończywszy swój mały wykład wyszedł z pokoju. - Zaraz wrócę~! - dodał weselej, zamykając drzwi od domu. Niedaleko była dobra restauracja i ludzie zawsze chwalili mięso w niej podawane. Zamówił więc tam pieczonego prosiaka... Normalnie musiałby czekać kilka godzin, ale fortunnie się złożyło, że ktoś zrezygnował z zamówienia i prosiak czekał tylko na odbiór. Izaya zapłacił i wyniósł wonne mięsko z restauracji, łowiąc zawistne spojrzenia gości i ich cieknące ślinki. Wrócił do domu i postawił na stoliku przed blondynem dorodnego wieprzka. - Proszę~!!! Mam nadzieję, że lubisz wypieczone~! - dodał wesoło, podając mu jeszcze talerz i sztućce. Nie żeby łudził się, że blondyn ich użyje. Skoro z butelki wypił jakby nigdy nic, to co dopiero taką potrawę. - Smacznego~!!! - dodał, szczęśliwy.
- I że niby na pewno nie pijesz krwi innych ludzi...? - mruknął, jakby go nie zauważał. Dopiero po chwili zerknął na niego. - Jesteś dziwny. - stwierdził, po czym z westchnięciem usiadł do stołu. Właściwie czym on się martwił... Jakie było prawdopodobieństwo, że ktoś dodał tam akurat tej trucizny, na którą nie byłby odporny? - Ale w jednym przyznam ci rację. - Chwycił za nóż i widelec, sprawnie odkrajając spory kawałek mięsa. Dawno nie miał sztućców w rękach, ale jeszcze nie był takim prostakiem, by ich nie używać. Wina z kieliszka nie lubił, ale jeść normalnie mógł, kiedy miał możliwość. - Wisisz mi sporo więcej niż to, za to, co mi dotąd robiłeś. - prychnął, krojąc mięso i zaczynając jeść. Jeszcze nie umarł...
- Czemu dziwny~? - zachichotał, opierając się rękoma na jego głowie. - Najpierw się złościsz, że jem ludzi, a teraz dziwny, bo nie jem~? Zdecyduj się kochanie~! - Poczochrał mu włosy i usiadł w fotelu naprzeciwko. - Dziwi mnie, że używasz sztućców. - zagadnął. - Ponoć polujesz na króliki, nie mów mi, że w lesie dbają o dobre wychowanie~!
- Nie nazywaj mnie tak. - wywarczał między kęsami. - I nie pochodzę z dziczy. Jestem egzorcystą, a więc księdzem, a więc pochodzę z rodziny szlacheckiej. To, że radzę sobie w dziczy nie znaczy, że wychowałem się z wilkami. Dlaczego miałbym jeść palcami, kiedy mam sztućce? - spytał retorycznie i jadł dalej. Wiedział już, że to jak pułapka... Dał się zwabić i jakby się zadomowił... Wciąż jednak nie czuł się niczego winny, więc nie miał zamiaru oddawać mu swojej krwi... Ani czegokolwiek innego.
- Do~brze, zatem przepraszam, że uraziłem szlachcica~! Warczysz jak zwierzak, łatwo się pomylić. - zachichotał. - Oi no nie złość się, tylko żartuję~! - Uniósł ręce w obronnym geście. - Heiwajima... - powtórzył jego nazwisko. - He-i-wa-ji-ma. - przesylabizował. - Dziwne... - mruknął. - Ne Shizu-chan, skąd jesteś~? Na pewno to nie jest francuskie nazwisko, więc~? - Był autentycznie ciekawy. Co prawda słyszał kiedyś o takim rodzie, ale... To było przeszło 300 lat temu, mógł coś pomylić. Wziął butelkę i nalał sobie połowę kieliszka. Co z tego, że Shizuo pił wprost z butelki? Poruszał kieliszkiem obserwując szkarłatny płyn. Ładnie się mienił w świetle księżyca.
- Chyba bardziej, skąd jest moja rodzina. Japonia. - wyjaśnił zwięźle. Tak się składało... - Długie dzieje. Czemu cię to interesuje? To tylko nazwisko. - zbagatelizował. - "Izaya" też nie jest z Francji, nie?
- Nie~! - rozweselił się. - Czyli jednak pamięć mnie nie myliła~!!! - zachichotał. - Cóż, chyba jednak powinieneś się cieszyć, że zostałem wampirem~! - Uśmiechnął się do niego przyjaźnie. - Ne Shizu-chan, a umiesz mówić po japońsku? I jeść pałeczkami? - zadawał kolejne pytania... Już od tak dawna nie rozmawiał w tym języku... Stęsknił się trochę za nim, co poradzić.
- Niby dlaczego miałbym się cieszyć, pijawko? - prychnął. - Ta, umiem, jeść pałeczkami też, chociaż tradycja powoli wymiera, szczególnie w tych czasach... - westchnął i pociągnął łyk wina. - Z reguły tego nie używam, chyba, że w rozmowach z bratem.
- Wiesz... Tak mnie nie cierpisz, a gdybym jednak nie został wampirem pewnie byłbym twoim pra, pra, pra, i jeszcze kilka razy pradziadkiem~! - zachichotał. - Ciekawe jakbyś wyglądał gdyby mój gen przetrwał~! To dziwne mieć blond włosy gdy jest się Japończykiem, jak wy to robicie~? - zaczął się zastanawiać, macając go po fryzurze. Nic nie mógł poradzić, że włosy blondyna były takie fajne, mięciutkie i do tego jeszcze działały jak sprężynka, czego Izaya mu zazdrościł. Niekończąca się zabawa~! - Zaraz, we Francji rozmawiasz z bratem po japońsku? - zdziwił się... Jak ci Francuzi musieli na niego patrzeć... Już wystarczy, że ten krucyfiks, jak Izaya sobie nazwał miecz blondyna, ze sobą nosił jak jakiś dziwak. - Poza tym... Chyba nie powinienem ci tego mówić, ale będę fair~! Zdradziłeś mi, że masz brata, nie boisz się, że jako straszny wampir~... - Zrobił groźną, ale śmieszną minę. - Zaraz go zjem~?
- Gdybyś spróbował, zabiłbym cię wbrew wszystkim zasadom, zwyczajom i wbrew wszelkim przeszkodom. - stwierdził poważnie, bez ogródek. - Poza tym moje włosy nie są dziwne. Były brązowe po ojcu, ale z wiekiem pojaśniały na blond po matce... Zaraz, jakim pra pra pra dziadkiem??? - zirytował się. - Przewracałbyś się w grobie, jasne??? Żadne powiązania z tobą... Nie wmówisz mi, że jakaś moja przodkami poleciałaby na kogoś takiego jak ty. - prychnął. Niewyżyty zboczeniec, wykorzystujący wszystkich do własnych celów... - miał ochotę dodać, ale to jakoś przemilczał.
- Ej, ej, ja tam nie chciałem~! - zaczął się bronić. - Wiesz, jak to w Japonii aranżowane małżeństwo, ale nie musisz się martwić~! - zachichotał. - Do niczego nie doszło, jeśli o tym myślisz... I tak wolę ciebie niż jakąś tam dziewczynę~! - mruknął może trochę uwodzicielsko obejmując go od tyłu i znów wąchając jego szyję - i co cieszysz się, że jestem wampirem~?
- Ani trochę. - Odkroił kolejny kawałek mięsa, ze stoickim spokojem krojąc go na mniejsze kawałeczki. - I nie pozwoliłem ci dobierać się do mojej krwi, pamiętaj o tym, jasne? - Upił kolejny łyk wina. Jego serce nieco przyspieszyło od alkoholu, ale nic poza tym.
- Ale ja jestem głodny~! - jęknął jak dzieciak. Jeszcze chwila i zacząłby tupać nogą, ale pohamował się od takiego występu. Grzecznie wrócił na fotel. Upił łyk wina... Nawet nie poczuł smaku. - Shizu-chan to może powiesz mi chociaż, czemu mnie nienawidzisz... A może to nie tylko mnie a innych wampirów też, co~?
- Oczywiście, że nienawidzę cię tak samo, jak innych wampirów. W końcu dawno powinniście nie żyć, a niszczycie życia tym, którzy mają prawo, by dalej chodzić po tej ziemi. Odbieracie życie i krew innym istotom, samolubnie próbując przeżyć, choć dawno umarliście. Ty masz do tego inne rzeczy na sumieniu, tak samo inne wampiry. Przegięliście z grzechami, więc czas najwyższy poodsyłać was do piekła. - Odłożył sztućce i sięgnął po wino. Chyba tyle wyjaśnień mu wystarczyło...?
- Ale co ja takiego zrobiłem? - Nie wytrzymał i zabrał mu butelkę. - Nie oddam póki nie odpowiesz. Nie zabijam ludzi, nie niszczę im życia, niby jakie "inne występki" mam na sumieniu~... - Naprawdę nie rozumiał. On chciał tylko być bliżej Shizuo... Może udałoby mu się go namówić na pokój między nimi... Albo chociaż sprowokować blondyna do przemyśleń. Nie, aż w takie cuda nie wierzył. - Odpowiedz to oddam~! - Pomachał winem.
- Aż tak mi na tym nie zależy. - prychnął. Nie był pijakiem gotowym powiedzieć wszystko za kroplę alkoholu. - Jednak za to, co robiłeś ze mną, między innymi mam zamiar cię zabić. Traktuj to jako zemstę, jeśli chcesz, lecz bardziej chodzi o bycie wampirem. To wbrew naturze. Powinieneś być martwy. - uparł się. Nie, nie chodziło tylko o to, co mu robił...
- Do~brze, dziękuję za odpowiedź. - Oddał mu butelkę, uśmiechając się smutno. Przecież widział, że blondyn też go lubił... Albo przynajmniej w jakimś stopniu podobało mu się to, co Izaya z nim robi... Inaczej by nie przychodził, nie zostawał. To, że jest wbrew naturze sam dobrze wiedział, ale bardziej ruszyło go to, że Shizuo ma mu za złe to, co robi... Przecież zawsze się zgadzał, co się stało? Czyżby naprawdę to na nim wymuszał? - Przyniosę ci jeszcze. - westchnął, wstając z fotela. Musiał się uspokoić, by znów móc się normalnie uśmiechać, to była chwila.
- Nie chcę. - Oparł głowę na dłoni, wzdychając w myślach. Co mu się w tym właściwie nie podobało...? Odpowiedź brzmiała : wszystko. Przyjemne i nieprzyjemne zarazem. Wkurzające i uzależniające. Dlatego został...? Miał wrażenie, że zachowuje się jak rozkapryszony dzieciak. Ale co mógł zrobić? No chyba nie prosić go... Poza tym ta niemoc, brak siły po ugryzieniach... Nie cierpiał tego... - Siadaj tu, jak już musisz koniecznie tak się czepiać przebywania ze mną.
     Wiedział, że właściwie chodziło tylko o wykorzystanie jego ciała, więc po co kazał mu zawracać... 
Izaya miał zamiar wziąć sobie jego krew, przyjemność, a potem znikać, by w razie potrzeby znów go znajdować i wykorzystywać. Jakby Shizuo nie mógł wygrać głupiego pojedynku i tego zakończyć. To nie było normalne... On był tylko wampirem, jak wszystkie inne takie istoty...
- Naprawdę~? - Rozweselony, zbliżył się w podskokach. Ostatecznie objął blondyna od tyłu. - Pozwalasz mi~? - Cieszył się, znowu tak bardzo się cieszył. Teraz Shizuo był odżywiony i rozluźniony... Więc chyba mógłby napić się dziś troszkę... Tylko troszeczkę... Tak, jeden łyczek. Tak zawsze sobie obiecywał, jeden łyczek, a potem nie mógł przestać, wysysając go prawie do ostatniej kropelki, choć wiedział, że przesadza. Cmoknął go szczęśliwy w szyję. Jeszcze nie ugryzie, najpierw Shizuo ma być dobrze. - Powiedz mi, czy się zgadzasz~! - poprosił.
- Jakbyś nie wiedział... - prychnął wymijająco. To nie tak, że miał na to ochotę. Wcale... Po prostu... Izaya już wiedział, że się nie zgadzał. Powinien odpuścić i tyle. Na co on się tak cieszył. Idiota... Jasne, że nie...
- Czyli, że tak~!!! - ucieszył się jeszcze bardziej. On wiedział swoje, a skoro Shizuo mówił "sam wiesz" no to cóż, musiał się zgadzać. - A przejdziesz kilka kroków do łóżka~? Wiesz, jest takie wielkie, fajne i mięciutkie~! - zachęcał.
- Coś ci się przesłyszało. - mruknął niechętnie. Miał mu to jeszcze wyjaśniać...? Uśmiechnął się kpiąco pod nosem. Jeszcze czego. - Ta, zmuś mnie.
- Będzie ci przyjemniej i wygodniej? - zapytał, jakby samo to było dobrym powodem... No bo przecież było. - I nic mi się nie przesłyszało, mam super czuły słych, pamiętasz~? Powiedziałeś: jakbyś nie wiedział...", a ja dobrze wiem, że ty tego chcesz~!
- Nic nie chcę. - westchnął ciężko. Chciał tylko stamtąd wyjść... - Przyjemniej... Jakbyś się do mnie jeszcze nie dobierał... Ale w to nie uwierzę.
- A nie jest ci lepiej jak gryzę, gdy tego nie czujesz~? - mruknął mu do ucha zachęcająco. - Gdy jesteś tak podniecony, że prawie szalejesz~? Wtedy jest naprawdę dobrze, nie Shizu-chan~? - Objął go rękoma od tyłu, wciąż mu mrucząc do ucha. Oblizał się też może ze dwa razy, patrząc na szyję blondyna, ale dalej dzielnie się powstrzymywał.
     Heiwajima zacisnął lekko uda. Nie, nie było przyjemnie... Nie było... Było okropnie, on powinien o tym wiedzieć. W końcu... To nie tak, że go to podniecało... No może trochę, ale nadal był zdania, że to przez jakieś sztuczki Izayi... Nawet nie odezwał się słowem, to było zbyt oczywiste. Nie chciał.
- Shizuś~... - mruczał uwodzicielsko, jedną rękę kładąc na udzie blondyna i zaczynając nią jeździć coraz wyżej. Nie minęło dużo czasu, gdy dotarł do miejsca, w którym chowała się męskość blondyna. Szybko potarł materiał, i drugi raz... - Widzisz, tej części ciebie się to podoba, więc... Może zaczniesz być ze mną szczery, co~? - Nadal przyjaźnie go zapraszał do zabawy. Gdyby był podłym i wrednym wampirem wykorzystałby go i wyssał, porzucając na ulicy, a on przecież proponował mu kolację i łóżko, i nawet nie miałby nic przeciwko dłuższym odwiedzinom blondyna... Choć pełnia trochę psuła jego plany. - To jak będzie~? - Owiał jego kark ciepłym oddechem, nadal poruszając dłonią.
- Nie... - powtórzył nieco mniej pewnie. Za szybko się podniecał, nie powinno tak być... Może jednak nie powinien był pić tego wina... Może... Nie dopuszczał nawet myśli, że to mogłoby być przez Izayę. - Jestem szczery... Zostaw. - warknął, choć brzmiało to mniej pewnie niż przedtem. Cholera, nie, nie chciał... Przecież nie chciał...! Dlaczego przez tę cholerną pijawkę nie mógł się uspokoić...? Dlaczego akurat przy nim przestawał myśleć logicznie??? Dlaczego działy się z nim takie dziwne rzeczy... Przecież nawet tego nie chciał!!! - No zostaw...
- Czy ja słyszę niepewność w twoim głosie~? - szepnął mu do ucha, następnie je całując i przygryzając, na tyle delikatnie, by nie polała się krew. - Czyli magiczny guziczek uległości Shizusia jest tu~? - mruczał dalej, ściskając coraz mocniej jego męskość. - Może jak jeszcze trochę cię tam podotykam to się zgodzisz, co~???
- Nie... Nie żadna niepewność. Zostaw to, do cholery! - warknął, jednak nie odtrącił jego ręki. Niby jako ksiądz powinien opierać się wszelkim przyjemnościom... Ale... Dotąd z nikim tego nie robił, w sumie to tylko Izaya zadowalał go w ten sposób... Nawet, jeśli bolało... Nie, o czym on myślał!!! Nie chciał tego, nie chciał i już!
- Może uda mi się ciebie jeszcze przekonać~! - Uśmiechnął się, puszczając blondyna. Obszedł fotel na którym siedziała jego "ofiara" i spojrzał szczęśliwy na wybrzuszenie. - Nie martw się, będzie przyjemnie~! - mruknął, klękając przed nim i zaczynając rozpinać pasek od spodni Shizuo. Cieszył się, że blondyn go nie odtrąca, choć jego wzrok mógłby być bardziej... pożądliwy? O tak, tego właśnie chciałby Izaya. - No nie patrz się tak~... Przecież cię TAM nie ugryzę~!
- No nie wiem... - prychnął trochę nerwowo. No chyba... Chyba tego nie zrobi... - Mógłbyś w końcu... przestać...? - Mimowolnie podniecał się bardziej, a wcale nie chciał... - Dlaczego właściwie to robisz? - zapytał nieco gniewnie. W końcu... Nie musiał tego robić, by dostać jego krew...
- Nie przestanę teraz Shizu-chan~... Bo nie opanujesz podniecenia, a tak ci pomogę~! - Odpiął spodnie i włożył mu rękę do bokserek ( które nie mam pojęcia czy w tym okresie już powstały tak btw. - dop. Kiasarin) - Dlaczego to robię~? - zapytał rozbawiony. - Żeby ci sprawić przyjemność oczywiście~! - Uśmiechnął się szerzej, wyjmując dumę blondyna z jego spodni. Oblizał się, jakby to była krew. - Spora... To jak Shizu-chan, pozwolisz mi nie~? - Dalej się z nim droczył, poruszając ręką po trzonku... Może to było perfidne z jego strony, ale przecież Shizuo chciał, tylko nie wiedział jak to powiedzieć. Dmuchnął na sam czubek.
     Zrobiło mu się gorąco, a puls zdecydowanie przyspieszył. Mimowolnie przesunął trochę biodra, ale to było odruchowe... Nie mógł nad tym zapanować, tak po prostu się stało. Zagryzł lekko wargę. Nie, nie chciał... Musiał zaprzeczyć. Nie chciał mu się oddawać, wcale nie chciał... Nie chciał tej "przyjemności"...
- Nie... Zostaw... - zdobył się na kolejne zaprzeczenie. Jakoś musiał odmówić... Przysięgał, że więcej na to nie pozwoli...
- A ja sądzę, że jednak chcesz~! - mruknął zachęcająco i przejechał językiem po całej długości. Zobaczył jak Shizuo wypycha biodra w przód i uśmiechnął się mimowolnie. - Widzisz, twoje ciało tego chce, więc... Powinienem spełnić tę prośbę~? - zastanawiał się na głos. - Widzę, że tak. - zdecydował w końcu, biorąc główkę członka do ust.
- Uch... - Zacisnął dłonie na podłokietnikach krzesła, niemal je miażdżąc. Ze złości, z przyjemności... Po prostu nie mógł tego wytrzymać. Jak on mógł... Przecież nie chciał... Kwestia chęci ciała a tego, co myślał... Przecież to było zupełnie co innego...
     Izaya uśmiechnął się, widząc taką żywą reakcję. Postanowił pobawić się z nim trochę dłużej, najpierw wolno jeżdżąc językiem po całej długości przyrodzenia, potem bawiąc się tylko główką. Cały czas obserwował emocje blondyna.
     Blondyn powoli wypuścił powietrze, starając się uspokoić. Co z tego, że dokuczało mu libido, to było wbrew jego zasadom... Po prostu wbrew zasadom. Nie chciał się podniecać, nie mówiąc o podniecaniu się na dotyk wampira.. Wampira, którego powinien zabić! Zacisnął zęby, próbując nie dać mu tej satysfakcji i nie twardnieć. Gdyby tylko mógł...
     Izaya czuł jak męskość powiększa mu się w ustach i do tego twardniała. Zaczął kręcić językiem kółeczka na trzonku czekając, aż blondyn pęknie.
     Mimowolnie wyrwało mu się westchnienie. Gdyby tak mocno nie trzymał się postanowień... Właściwie, to tracił swoją silną wolę. Było tak przyjemnie, że tracił rozum... Zupełnie, jakby coś go opętało. Dobre sobie... Wampir go opętał. Opętał go przyjemnością... Już zaczynał myśleć, dlaczego wciąż się powstrzymuje. Przecież to zapewne i tak nastąpi, w końcu Izaya go nie słuchał... A on był, mimo wszystko, wolnym człowiekiem. I miał prawo do takiej przyjemności od czasu do czasu.
     Tylko czy to nie sprawiało, że się do niego przywiązywał...? A nie chcąc go zabić, tracił cel w życiu...?
- No to szybko decyzja Shizu-chan~! - Na chwilę się od niego oderwał, oblizując się. - Chcesz dojść dwa razy, czy raz~?
- Co...? - spytał dość tępo, wyrywając się z funkcji wyłącznego odbioru. Kazał mu myśleć...? Teraz? - Nie wiem... - westchnął, przymykając oczy. Czy już nie postąpił wbrew sobie...? - Rób co chcesz... Ale to i tak nie daje ci gwarancji, że cię nie zabiję. - dodał, niemal prychając. Chyba nawet nie chciał myśleć o tym, na co się zgadzał...
- Do~brze zrobimy tak, żeby było ci przyjemniej~! - Uśmiechnął się, nie komentując dziwnej uległości blondyna. Cieszyło go to, że mu w końcu pozwolił. - Tak tak, możesz mnie zabijać nawet przez wieczność~! - Uśmiechnął się wesoło, zabierając do pracy, tym razem bardziej na poważnie. Chciał mu dostarczyć jak najwięcej rozkoszy. Poruszał się szybko, pracując wargami i językiem. Sądząc po cichych sapnięciach, Shizuo czuł się dobrze.
     Wplątał dłoń w jego włosy, próbując narzucić nieco szybsze tempo. Był na skraju, nie skupiał się już nawet na rozterkach moralnych. Może to było samolubne, ale chciał już tylko dojść. W sumie z jego siłą mógł nawet wymusić, żeby Izaya za chwilę jęczał pod nim, tak chociażby w ramach rewanżu, ale... Wystarczyło jedno jego ugryzienie i zamiast umrzeć, Shizuo straciłby swoją nienaturalną siłę. A skoro chciał być zaspokojony... Musiał godzić się na to, co oferował Izaya...
     Za to też go nienawidził. I za to, że było mu coraz lepiej. Nie mógł się oprzeć... Cały się spiął.
     Izaya nawet nie przejął się tym, że blondyn nadaje mu tempo. Był szczęśliwy, że ten w ogóle wykazał jakiekolwiek chęci. Stosunkowo szybko Shizuo wytrysnął mu w usta. Przełknął gęstawą substancję najpierw mieszając ją trochę w ustach. - Nie robisz tego zbyt często, co Shizu~? - zagadnął, wstając z kolan. - Ale widzę, że ci się podobało, co~?
- Tsh. Zamknij się. - prychnął, odwracając wzrok. Twarz go piekła, ale wszelkie zaczerwienienie mógł zwalić na alkohol. Przypomniawszy sobie o nim, upił spory łyk. Na uspokojenie... - Ta część mojego życia nie jest twoją sprawą, nawet, jeśli tak ci się wydaje. - pouczył go. Fakt, że robił to tylko z nim... Nie powinien w ogóle ujrzeć światła dziennego.
- Shizu-chan, wiem, że z nikim innym tego nie robisz~! Czuję przecież... Ale nawet sam? - zdziwił się. W końcu... Shizuo miał dość spore potrzeby w tej materii. - Chodź do łózka~! - poprosił. Może teraz zrobi to, czego Izaya chce?
- Tak po prostu? - popatrzył na niego spod byka. To wcale nie tak, że na niego czekał... Po prostu obiecał... że nawet sam... Więc dlaczego jemu w końcu zawsze ulegał, do cholery??? Czy nie miał dość silnej woli? Hipnotyzował go? Co on mu robił takiego?! - I mówiłem, że to nie twoja sprawa. Może właśnie propozycji mam na pęczki... - Fakt faktem, w tym jednym aspekcie kobiety bywały wręcz natarczywe, nawet znieważając to, że jest duchownym...
- Propozycje może i masz, ale nie czuję, by ktoś to z tobą zrobił~! - Uśmiechnął się przyjaźnie. - Co się tak dziwisz, masz przecież spore potrzeby~! - Uśmiechnął się i złapał go za rękę. - Wstawaj, przyjemniej będzie w łóżku~!
- Skąd możesz wiedzieć... Może nie często, ale mi się zdarza, co? - prychnął, wstając. Właściwie nadal nie wiedział, czemu się na to godzi... - Boże, czy ja się na coś zgadzałem...?
- Tak~! Chwilę temu dobitnie pokazałeś, na co masz ochotę~! - Dalej go ciągnął. - I nie lekceważ wampirzego węchu~! - To, że wszystkie wampiry jakie napotkał Shizuo wiedziały, że czuć od niego Izayę i raczej domyślały się czemu tak jest, jakoś przemilczał. - Wiesz, że będzie ci przyjemnie a i tak się opierasz, nie mogę tego zrozumieć Shizuś~! - westchnął, popychając blondyna na łóżko i korzystając z chwili nieuwagi wszedł mu na kolana. Fakt, był mniejszy, ale starszy i silniejszy więc będzie na górze, nie ważne jak to na razie wygląda, tak po prostu było wygodniej.
- Przyjemnie...? Ty chyba nie masz pojęcia jak to jest być na dole, nie? - Jeszcze się, kurna, czuł poniżony. Tego tylko brakowało... Poniżenia przez wampira. Zabije go, jak nic go zabije... - I nic nie mówiłem, że ten pomysł mi się podoba. O nic cię nie prosiłem. - podkreślił. - To tylko twoja zachcianka. - prychnął, odwracając wzrok. Starał się sobie nie wyobrażać, co Izaya mu zrobi... Nie chcieć tego uczucia. Wyolbrzymiać wrażenie bólu, zapominając o przyjemności. Może tak przestanie chcieć tego absurdalnego czynu...
- Wiem Shizu-chan, wiem~... - Uśmiechnął się, rozpinając sobie płaszcz. - Ale ty sam dobrze wiesz, że ból szybko mija, a przyjemność jest nieziemska~! - zamruczał zachęcająco, rozpinając płaszcz blondyna. Przejechał dłonią po jego torsie. - Nie tylko moja, sam tego chcesz, chociaż się zapierasz... A szkoda, mogłoby być jeszcze przyjemniej~! - zamruczał po raz kolejny wyobrażając to sobie. Shizuo, który chciałby z nim współpracować podczas seksu to chyba nieosiągalne marzenie... Zaczął rozpinać koszulę blondyna i automatycznie się oblizał. - Czemu ty nigdy nie wykurujesz ran? - westchnął, patrząc na niedokładnie opatrzone zranienie na ramieniu. Ślad po jakimś dziku czy innym zwierzaku. - Powinieneś się bardziej troszczyć o swoje ciało~! - Zaczął delikatnie zdejmować opatrunek. Miał zamiar go zmienić... Ale rana, nawet niedokładnie wyczyszczona pachniała tak zachęcająco. Oblizał się tylko, przywracając sobie trzeźwość myślenia.
- Nie chcę. - mruknął po raz kolejny. Ile razy jeszcze miał mu to powtarzać...? - Poza tym dobrze wiesz, że moje rany goją się szybciej, niż wszystkich innych. Taki dar od Boga, więc korzystam i nie wydaję fortuny na głupie opatrunki. Mógłbyś nie patrzeć na to, jakbyś chciał zatopić w ranie swoje kły? To trochę wkurzające, pijawko. To miejsce nadal trochę pobolewa, więc nie waż się tego tykać i zostaw opatrunek, jasne? - Nie był jakimś smacznym kąskiem, jego pożywieniem czy zabawką, nie powinien tak na niego patrzeć... Dlaczego wszystkie wampiry musiały być tak zarozumiałe???
- Zmienię... - mruknął, przestając patrzeć na ranę. Wiedział, że w apartamencie są opatrunki, sam o nie poprosił, w końcu liczył, że Shizuo zostanie tu na noc, a nigdy nie wiadomo czy rana po ugryzieniu zasklepi się szybko. Wstał i wyjął z szafki pudełko, po czym wrócił na łóżko, siadając na nim. Kazał Shizuo przesiąść się tak, by opierał się o wezgłowie łóżka, a sam usiadł przed nim, zaczynając opatrywać ranę. - Powinieneś to robić porządniej, a co jakby wdało się zakażenie? - zapytał nawet nie licząc na to, że blondyn posłucha. Znów się oblizał... Tak, krew nawet stara i zaschnięta pachniała tak pysznie... Zaburczało mu w brzuchu. - Już kończę~. - mruknął do siebie, wygładzając bandaż.
- Może bym umarł? - Wzruszył lekko ramionami. Raczej w to nie wierzył. W ogóle dziwiło go, że Izaya jeszcze nie zabrał się za to, czego chciał... Dziwne, zachowywał się, jakby się nim przejmował. To wszystko było tylko sprytnym blefem, prawda? Wyskokiem, przez który miał się do niego przywiązać? Nie zabić go, za to zaspokajać jego - chyba jedyne - dwie potrzeby? Dbał o niego jak o hodowlaną zwierzynę... Dobre porównanie, według blondyna. -  Zresztą, i tak co cię to obchodzi? Nawet gdybym umarł, znajdziesz sobie inne jedzenie. Jednak i tak nie umrę póki cię nie zabiję, więc tym bardziej nie musisz się troszczyć o takie małe zranienia.
- Przestań! - prychnął, odkładając niepotrzebne już bandaże. - Zależy mi, żebyś był zdrowy i co ważniejsze żywy. I nawet nie waż się mówić, że możesz umrzeć. - warknął, rozpinając swoją koszulę. - Bo nachodzi mnie ochota, żeby cię zmienić w wampira... - burknął cicho do siebie i zrzucił koszulę na ziemię. Przysunął się do blondyna, chcąc zdjąć z niego spodnie.
- Gdybym miał zostać wampirem już wolałbym sam się zabić. - warknął, odsuwając się trochę. Nie ułatwi mu zadania, niech nawet tak nie myśli... Że w jakiś sposób magicznie całkowicie mu się podda. To nie było możliwe. Nawet, jeśli jego ciało chciało czegoś innego niż rozum, to rozum powinien mieć przewagę. A on jeden mówił mu, by mu się całkowicie nie poddawać... - A jako człowiek, i tak kiedyś umrę. - Uśmiechnął się z satysfakcją. Taka była prawda... Kiedyś miał trafić za to do nieba i to było jedne, o czym był święcie przekonany.
- W takim razie sprawię, że będziesz kroczył po tej ziemi najdłużej jak to tylko możliwe. - Spojrzał na niego złośliwie, przysuwając się bliżej. - No Shizu-chan, rozkładamy nóżki~! - zachichotał.
- Chyba w snach. - warknął, nie przestając się lekko złośliwie uśmiechać. Nie był od rozkładania przed kimkolwiek nóg, co to, to nie... Nie tak całkiem po dobroci. - Mówiłem już, "zmuś mnie". - prychnął. - Jeśli dasz radę. - dodał.
- Dobrze, że się zgadzasz~! - Uśmiechnął się wesoło, gwałtownie przysuwając i całując zachłannie blondyna. Popchnął go w tył i rękoma pociągnął za spodnie. Opornie, ale schodziły. Zaczął ssać i przygryzać wargę blondyna, a gdy w końcu poleciała z niej krew zachłannie zaczął ją zlizywać, cały czas rozbierając "ofiarę".
- Cze... Khh... - Odepchnął go, łapiąc powietrze. Warknął cicho. - Tylko nie podrzyj ciuchów... - wywarczał. Jeszcze miał tyle siły, by móc go odepchnąć, o tyle dobrze... Przy pierwszej dawce miał stracić całą nadludzką siłę na parę godzin lub nawet całą dobę, zatem wolał korzystać, póki mógł. A koszula była darem od jego brata, tym bardziej, gdyby ją podarł... Już nie mówiąc o tym, co robił z jego ciałem, byłby wściekły.
- Tak, tak~! - zgodził się wiedząc, że chodzi głównie o koszulę. Zdjął więc ją z Shizuo szybko acz delikatnie i odwiesił na krzesło, tam też odkładając spodnie. - Teraz dobrze~? - Pogładził go po policzku, patrząc cały czas na małą rankę na wardze.
- Lepiej, nie dobrze. - Oblizał krwawiącą rankę. W tym metalicznym posmaku coś było, ale żeby aż tak się tym fascynować...? Durne stworzenia nocy... - Czasami zastanawia mnie, o czym ty tak właściwie myślisz... - Podłożył ręce pod głowę, jakby nigdy nic. - Ale w końcowym efekcie dochodzę do wniosku, że jednak nie chcę wiedzieć. - prychnął kpiąco. Stworzenia, które myślą tylko o jednym, lub o dwóch rzeczach... Mordujące, wręcz marnujące powietrze... Nie, jego spojrzenie na to nie zmieniało się ani odrobinę, nigdy.
- Chciałbym, żeby było jak dzisiaj~! - westchnął, zakładając ręce Shizuo za swoją szyję i zachłannie go znów całując. Własną ręką zdejmował bokserki z jego pobudzonej znów męskości. Przejechał po niej palcami i przerwał pocałunek, uśmiechając się zadziornie. - Nie wiedziałem, że działam na ciebie aż tak mocno~! - mruknął, zadowolony.
- Nie ma mowy. Następnym razem w końcu cię zabiję. - warknął. Nie komentował swojego podniecenia... Nie było czego komentować. To się tak samo... No, może z drobną pomocą wywołanych wspomnień ostatniego razu... Jednak poza tym trwał niewzruszenie, splatając tylko dłonie na jego karku. Z taką łatwością mógłby go zabić... Gdyby Izaya był normalnym człowiekiem. Tak mógł to załatwić tylko miecz leżący na podłodze...
- Wiesz rozłożyłeś się jak jakiś król i nawet nie chcesz mi pomóc, co ja się z tobą mam~... - westchnął, ale dalej się cieszył. Powinien go nawilżyć... i rozciągnąć, bo dawno tego nie robili, inaczej popłynie krew. Na tę myśl oczy Izayi na chwile stały się czerwone, a kiełki wysunęły się, jednak się otrząsnął. Z zaciekawieniem podsunął blondynowi swoje palce. Ciekawe, czy chociaż pomoże się nawilżyć...
- Bo jesteś wkurzający z tym swoim pewnym siebie podejściem. Jakbyś nie sądził, bym mógł odmówić.
    Oczywiście, że mógł odmówić. Tak przynajmniej sobie wmawiał. Z drugiej strony wiedział, że to i tak się stanie. I tak to zrobią. Mógł sobie chociaż wmawiać, że nie jest do tego zmuszany... By Izaya nie miał poczucia, że panuje nad nim do tego stopnia, że do czegoś go zmusza. Złapał za jego dłoń i przesunął językiem po jego palcach.  Popatrzył mu prosto w oczy znudzonym wzrokiem, zaczynając je lekko ssać i jednocześnie nawilżać. Jak już mieli to zrobić, to chciał przynajmniej, by było mu dobrze...
     Twarz Izayi rozjaśnił pogodny uśmiech, gdy jego palce zaczęły być nawilżane. Przejechał drugą dłonią po włosach Shizuo, jakby go głaszcząc. - Przestań Shizu-chan, pozwalam ci odmówić, nie robiłbym ci tego gdyby całe, absolutnie całe twoje ciało tego nie chciało, nie robilibyśmy tego. Zastanów się tak poważnie, chcesz tego? Wiesz, nie musisz mi odpowiadać~! - Uśmiechał się dalej. Zabrał rękę z jego włosów i zaczął znów poruszać nią na męskości blondyna.
     Przerwał na chwilę nawilżanie, by wypuścić powietrze. Nie czuł się w obowiązku odpowiadać. Może trochę mu się podobało... Ale i tak miał zamiar go zabić. Zabić, bo był parszywą istotą zwaną wampirem. I tyle, nie było o czym dyskutować.
     Po jeszcze krótkiej chwili wypuścił jego palce i odwrócił wzrok, nie chcąc patrzeć na jego minę. Co miał robić...? Nie chciał pokazywać, że mu się podoba. Co by robił, gdyby tuż przed zabiciem go Izaya wytknął mu, że TO mu się podobało? Miałby jeszcze mieć wyrzuty sumienia?
- Nie martw się Shizu-chan, wiem, że chęć zabicia mnie jest silniejsza niż przyjemność robienia "tego"~! - Uśmiechnął się smutno, całując go w policzek. - Zaczynam~... - mruknął, wsadzając w niego jeden palec i poruszając nim lekko. Jako wampir nie czuł podniecenia... A przynajmniej nie było na tyle silne, by musiał zdejmować spodnie, jeszcze nie teraz... To przecież miało być przyjemne tylko dla Shizuo, miał się czuć dobrze przed i w trakcie ugryzienia. Choć blondyn pewnie ma go za niewyżytego krwiopijcę i nic tego zdania nie zmieni. Po chwili dołożył drugi palec i zaczął rozciągać swojego kochanka. - Boli?
- Mnie nie boli. - przypomniał mu. - Nawet, gdybyś zrobił to bez przygotowania to by nie bolało.
     Nie mówił mu wcale, że to mu się podoba... Nie mógł. Poza tym to wbrew jego dumie. Dziwiło go tylko, że wybrzuszenie w spodniach Izayi nie rośnie... Nie pociągał go... Po co to robił? I dlaczego tylko Heiwajima miał się ośmieszać i jęczeć?
- To dobrze... Dodaję trzeci. - ostrzegł. Może i Shizuo to nie boli, ale na pewno aż tak przyjemne też nie jest. - Wiesz, miło, że przestałeś protestować~! - zwrócił mu wesoło uwagę. Wcale nie napominając o tym, że Shizuo podoba się taka nocna zabawa... To przecież było widać po samym blondynie.
- Wcale... - Zdusił sapnięcie. - Nie miło, po prostu przestałem, bo i tak byś to zrobił,wykręcając się reakcjami mojego ciała. - prychnął. Przez chwilę miał ochotę nabić się mocniej, ale się powstrzymał. Może i lekko niekomfortowe, ale to było przyjemne... Później miało boleć, choćby i się zapierał, że nic nie czuł...
- Ech... Dobrze, nie będę się kłócił~! - Uśmiechnął się, wyjmując palce. - Już, czy mam cię bardziej przygotować? - Wolał się upewnić... Nie chciał, żeby Shizuo to bolało.
- Mówiłem, że to nie boli. - stwierdził jakby nigdy nic. W końcu nie narzekał, nawet jeśli by bolało. Zwyczajnie nie miał zamiaru się poniżać. - Jednak nie wyglądasz na podnieconego. - Zdecydowanie nie wyglądał, jakby już nie mógł się doczekać... To naprawdę było wkurzające. Skoro mu się to nie podobało, to po co to robić? - Więc po co to wszystko? - Potarł jego krocze nogą. Jeśli to nie zadziała, po prostu powinien sobie darować.
- Nawet nie wiesz, jak bardzo chcę... Szkoda, że nie tego. - mruknął, przysuwając się i cmokając go w usta. - Chcę, żeby było ci przyjemnie, tylko tyle. - wyjaśnił, jednym, szybkim ruchem odpinając i zsuwając spodnie, a następnym, jeszcze szybszym, wbijając się w blondyna. Zamarł czekając, aż Shizuo przywyknie. - Czemu nie powiedziałeś... Mogłem cię bardziej przygotować... - mruknął, widząc grymas na twarzy kochanka. Naprawdę nie chciał, żeby go to bolało.
     Zacisnął się na chwilę bardzo mocno, zaraz jednak się rozluźnił. To był tylko jeden impuls bólu, nic poza tym. Wcale przez niego nie cierpiał, czy coś. Żaden wampir nie skrzywdziłby go aż tak. Nie było szans.
- Nie miałem o czym mówić. - westchnął, przywracając swojej twarzy wyraz obojętności. I tak go nienawidził. - Daj spokój z tym, chyba czegoś chciałeś? - dodał dość kpiąco. Właściwie mógłby go teraz zabić... Gdyby nie te durne zasady zakazujące mu walki po przegranej. Czy zdołałby go odepchnąć? Na to już chyba było za późno... Poddał się kolejny raz, co tylko dodatkowo go wkurzało.
     Izaya nachylił się nad leżącym blondynem i znów go pocałował, trącając językiem rankę na wardze. Nadal się nie poruszał, w końcu czuł, że Shizuo co chwilę zaciska się i rozluźnia, jeszcze nie mógł... Naprawdę nie chciał mu nic zrobić.
- No? - mruknął, ignorując jego "czułości". Na coś czekał, prawda? Więc chyba lepiej, im szybciej Izaya się napije i sobie pójdzie. Potem i tak znajdzie go jeszcze raz... A póki co poruszył się, samemu się nabijając. Sapnął cicho, ale popatrzył mu prosto w oczy, czekając na jego ruch. Chyba nie zamierzał czekać, jakby mu go było szkoda, nie?
- Już jest dobrze Shizu-chan~? - Uśmiechnął się, lekko poruszając. - Mogę~? - Czekał na jakąś odpowiedź. Wiedział, że Shizuo nie lubi być przez niego kontrolowany, więc za każdym razem się go pytał... A to, że ciało i rozum blondyna się nie zgadzały to inna sprawa. On wiedział, że Shizuo tego chce, nawet jeśli blondyn sam o tym nie wiedział.
- Rób co chcesz. - mruknął ze złością. Nie obchodziło go to. Oczywiście, że nie obchodziło. Przeżyje to jakoś. Tylko tyle. Przeżyć do następnego spotkania. Przecież, że nie przychodził specjalnie po to. Wcale się z nim nie zżył. Nadal... Izaya nadal był mu obojętny, a wręcz wrogiem. Tak, tego musiał się trzymać.‏
- Mały, słodki idiota~! - Uśmiechnął się, całując go jeszcze raz, tym razem w nos i zaczynając się poruszać stopniowo coraz szybciej. - Może będzie ci lepiej, jak... - zastanowił się, znów sięgając ręką do jego męskości... Shizuo chyba zaczął się już przyzwyczajać, że Izaya to robi.‏
- Nie jestem mały ani słodki! - warknął, naprawdę wkurzony. Musiał się jakoś wyżyć, tylko nie miał warunków. Czy również wbrew zasadom byłoby, gdyby skręcił mu kark...? Tak, niestety tak. Aż się w nim gotowało ze złości. - Nijak... - Sapnął. - Nie będzie mi... Lepiej! - wywarczał. Wkurzał go, tak nieziemsko go wkurzał, że byłby teraz w stanie dwie wioski wybić, nim by się uspokoił.‏
- A ja chcę tylko usłyszeć ze ci się podoba~! - Poruszał się wolno, ale głęboko, starając się utrafić w ten magiczny punkt. Wtedy Shizuo będzie jeszcze lepiej.‏
- Nie... Nie podoba. Nigdy nie podoba. - warknął, instynktownie wypychając biodra. W tym stanie nie chciał tak po prostu, spokojnie leżeć... Chciał gdzieś spożytkować ten nadmiar energii. Jego serce przyspieszyło mocno od adrenaliny, której normalnie użyłby do walki. Krew krążyła szybko, czyniąc wręcz całe jego ciało różowym. - Mocniej...! - Zaprzeczał sam sobie, ale w tej chwili o to nie dbał. Krew uderzała powoli do głowy, odbierając zdolność myślenia z każdą chwilą.‏
     Izaya uśmiechnął się wrednie, znów całując Shizuo. Siłą otworzył mu usta i zaczął badać je językiem. Biodra Shizuo wychodzące naprzeciw jego ruchom bardzo mu pomagały i sprawiały, że wszystko było przyjemniejsze. Jego kochany blondynek jednak ma ochotę nie ważne ile by zaprzeczał. Uderzył mocno w jedno miejsce. Już wyczuł, że to tam jest ten słodki splot nerwów.
     Heiwajima jęknął niekontrolowanie i wygiął ciało w łuk, zaraz wypychając biodra po więcej. Na chwilę zapomniał o wściekłości, która jako jedyna kierowała jego gwałtownością. Zapomniał o tym, z kim to robi, a przynajmniej jakby na chwilę przestało go obchodzić ich wrogość. Skupił się tylko na tym, by dostać więcej i więcej... nie rozumiał, dlaczego, tak było za każdym razem... Na chwilę zapominał kim jest, by w końcu potem przebudzić się z transu i nienawidzić go jeszcze bardziej.
- Słodko jęczysz~! - zamruczał znów, całując blondyna. Czuł, że ten niedługo dojdzie... Postanowił więc sprawić mu jak najwięcej przyjemności, uderzając raz po raz w to samo miejsce.
     Blondyn zaczął wzdychać i wydawać z siebie urywane jęki, zupełnie tracąc kontrolę nad swoimi odruchami. Czuł się zbyt dobrze... Co chwilę wzdłuż jego kręgosłupa przechodziły regularne dreszcze i zaciskał się coraz mocniej. Jego członek już drżał, będąc tak blisko. Jeszcze tylko jedno uderzenie...
     Izaya wysunął delikatnie kły, pocałunkami schodząc od ust blondyna przez linię szczęki i gdy wyczuł, że Shizuo zaraz dojdzie, usta miał przy jego szyi. Mocniej wysunął kły i pchnął poraz ostatni, wgryzając się równocześnie w szyję blondyna. Prosto w tętnicę. Świeża krew popłynęła, racząc go swoim pysznym, metalicznym smakiem. Całe jego ciało przeszła fala dreszczy, zmysły szalały owładnięte tym niesamowitym zapachem. Wypił już sporo i nie mógł przestać. To była tylko sekunda a on pił i pił, coraz bardziej osłabiając blondyna. Czuł, że sam nie wytrzyma. Uwielbiał jego krew, przeładowaną adrenaliną, taką słodką a jednocześnie gorzką i metaliczną, ciężko było mu określić ten smak. Jedyne czego był pewien to to, że nie byłby w stanie pić nic innego. Westchnął głośno, odrywając się od Shizuo i samemu dochodząc... Równo z blondynem. Niewiarygodne, że wypił tak dużo w ciągu tej chwili.‏
     Heiwajima westchnął ciężko. Jego oczy pozostawały zasnute mgłą podniecenia i oszołomienia. Był osłabiony, nie tylko przez dojście ale i sporą utratę krwi. To była chwila, ale i tak zawsze tak piekielnie bolało...
     Powoli wracał do realnego świata i realnej sytuacji. Jego osłabienie wynikało też z powolnej utraty nadludzkich sił... Po ugryzieniu zawsze tak było. Normalnych ludzi to zabijało... On tracił siły na dłuższy czas, w zależności od utraty krwi. Tym razem Izaya musiał być naprawdę spragniony...
     Zwrócił wzrok na bruneta i wyciągnął rękę, łapiąc go za szyję. Tak jak myślał, nie mógł go nawet choćby spróbować udusić... Był za słaby.
     Ignorując krew cieknącą z szyi, odwrócił głowę i przymknął oczy. Nie miał siły na więcej... Widok szkarłatnej stróżki w kąciku ust Izayi też nie była widokiem, który jakoś specjalnie chciał oglądać.
- Wytrzyj usta. - mruknął jeszcze.
- Mhm... zaraz... - Wpatrzył się w otwartą ranę. Powinien go opatrzyć, ale... nadal obficie krwawiła, więc... Przysunął się blisko i polizał ją delikatnie, potem drugi raz. Obiecał sobie, że już nie wysunie kłów, chciał tylko polizać... Po co miało się marnować?
- Jesteś wstrętną pijawką. - warknął niemiło. - Odczep się w końcu... Mało ci jeszcze??? - Nie chciało mu się go odganiać, był zbyt zmęczony na coś takiego. Jednak Izaya i tak go wkurzał...
- Daj mi tylko wylizać~! Obiecuję nie wbiję kiełków, tylko... Po co ma się marnować? - Spojrzał tęsknie na sporą kropelkę spływającą w dół szyi blondyna. Nie wytrzymał, zlizał ze smakiem ją jak i cały ślad, który pozostawiła. - To była chyba ostatnia... - mruknął, wstając z łóżka i idąc po jakiś bandaż.
- Nie wierzę ci, pijawko. - chciał dodać, że żadna jego obietnica nie ma dla niego mocy, ale już nie chciało mu się otwierać ust. Zaczął przysypiać, wykończony.‏
     Izaya starał się nad sobą panować, wzorowo założył opatrunek nawet się przy tym nie śliniąc. Uśmiechnął się, widząc przysypiającego blondyna i pogłaskał go po włosach.
- Słodkich snów, musisz być wykończony~! - mruknął. Z miejsca w którym siedział omiótł wzrokiem pokój. Zostało jeszcze sporo jedzenia... Może Shizuo rano będzie chciał dokończyć. Spojrzał za okno. Rano, czyli za jakieś 4 godziny. Spojrzał raz jeszcze na blondyna i rzuciwszy bandaż na szafkę, objął go od tyłu, przytulając się do jego pleców. Twarz oparł na jego barku, a policzek prawie dotyka bandaża, ale był już usatysfakcjonowany i najedzony. Może być pewny, że nie ugryzie go podczas snu. Sam przymknął oczy. Nie musiał spać, ale chciał spędzić trochę czasu z blondynem, nawet jeśli miałby udawać sen, leżąc nieruchomo w ten sposób.‏
     Heiwajima na granicy snu poczuł jakby coś miękkiego i ciepłego na plecach, ale nie miał czasu się nad tym zastanawiać, bo zasnął. Odleciał na długie godziny, regenerując całkiem utraconą energię. In dłużej spał, tym więcej sił odzyskiwał, im więcej sił, tym szybciej mógł wyruszyć dalszą podróż, tropiąc wampiry, a w szczególności po raz kolejny Izayę. Powoli stawał się on jego obsesją. Obsesją, gdy chciał go zabić i obsesją, gdy coraz bardziej, nawet wbrew własnej woli, zaczynał się do niego przywiązywać. Krok po kroku, powtarzając, że go nienawidzi i nie chce się przywiązać... Wiedział, że w takim wypadku musi wykończyć go jak najprędzej. To była walka z czasem i własną wolą...
     Obudził się, gdy słońce stało już dość wysoko na niebie. Dziwnej miękkiej rzeczy koło jego pleców nie było, możliwe, że była tylko złudzeniem. Zamknął znów oczy, słysząc kroki na schodach. Nie miał zamiaru z nim gadać. Chciał odejść, nim to miałoby się źle skończyć. Nim jego dziwne myśli, zawsze pojawiające się po takich wydarzeniach, miałyby stać się prawdą.
     W końcu nienawidził wampirów.
     Izaya obudził się... a może raczej wstał, bo przecież jako wampir mógł spać, gdy słońce było wysoko. Powinien iść na konferencję naukową, ale chciał poczekać, aż blondyn się obudzi... Chciał zobaczyć, czy wszystko z nim w porządku. Jednak... Obiecał się stawić przynajmniej na główne ogłoszenia. Wstał więc, ubrał się i wyszedł. Zastanawiał się przez chwilę i ostatecznie poszedł do sklepu. Uśmiechnął się do swojego zakupu.
- Miło mu czasem sprawić niespodziankę~!- mruknął do siebie, wchodząc do domu. Wszedł, niemal wzleciał szybko po chodach. Aż tak roznosiła go energia. Już ciszej i spokojniej wszedł do pokoju. Spojrzał na łóżko i zakopanego w pościeli, wciąż nagiego blondyna, na którego padało światło dnia. Westchnął wiedząc, że nigdy nie będzie mógł być z nim. Podszedł cicho i usiadł na łóżku. Pogładził go po puszystych włosach i zachichotał cichutko. - Wiem, że nie śpisz~! - Ale nikt się nie odezwał. - Dobrze~... - Wstał, uśmiechając się do siebie. Położył pakunek na szafce obok łóżka. - Jak się obudzisz masz tu małe co nieco. Czekolada. Lubisz, nie~? ...Ponoć przyspiesza regenerację krwi~! - zachęcił go. - Wiesz~... Możesz tu zostać jak długo chcesz, śpij smacznie~! - Pocałował go jeszcze w czoło, po czym odwrócił się i wyszedł z pokoju. - Aha~! - Złapał się framugi, stając w progu. - Wrócę wieczorem, czuj się jak u siebie~!
     Uśmiechnął się smutno i wyszedł. Wiedział, że nie ważne jak bardzo by tego chciał i jak bardzo by go o to prosił, wieczorem i tak zastanie tylko pusty dom.



wtorek, 15 kwietnia 2014

Shizaya - dj - Tonight, The Night

UWAGA WAŻNE ANKIETA PO PRAWEJ ->
- będzie otwarta przez tydzień
- proszę oddajcie głosy jak byłoby wam wygodniej czytać ten paring/ gdzie bardziej by pasował według was
- na "Shizaya wikia" ten paring (uznawany za Alter) nazywa się "Pritzuo i Izetsuki" co nam obu z Inu kompletnie nie leży, więc oni zostają przez nas nazwani po prostu Shizuo i Izaya 
- stąd właśnie problem doboru miejsca
- prosimy was żebyście odpowiedzieli nam w którym miejscy według was powinien się znaleźć ten paring. Klasyfikowane jako alter ( z racji tego ze tak podaje strona) czy jako zwykła Shizaya/ Izuo z racji niezmienionych imion

Ohayo~! Stuknęło nam już 35 obserwatorów~... za co bardzo wam dziękujemy  :3 Szkoda że tak mało z was komentuje ;-;
Dj... um powiem tak zostały sfx'y angielskie, gdyż mimo, że chciałam je przerobić na polski... program jakoś nie chciał mi w tym pomóc więc... przepraszam

Ciaossu~!
Nie no, nie odbierajcie tego źle~... Ja cieszę się z każdego komentarza, nieładnie tak mówić, że jest ich mało~! Q.Q" Póki jest choć jeden, warto pracować~... ;3
Nie będę się dziś rozpisywać, chcę za to również podziękować za to, że tyle osób nas obserwuje i w ogóle jest zainteresowanych~! :33
...I mimo, że te sfx'y wyszły tak sobie, mam nadzieję, że się domyślicie, o co chodzi, bo to dość proste~.. *szczeniakowi i tak by się tego nie chciało tłumaczyć - wyrazy dźwiękonaśladowcze po angielsku to zło Q.Q*
Miłego czytania~!
Enjoy~!


Typ: Shizaya
Dj- Tonight, The Night
Angielska wersja z dysk Kiasarin jest przepastny i nawet nie wie co takiego skrywa w sobie
tłumaczenie: Inu-chan
Edycja: Kiasarin
Rating: R18

Dj został przeniesiony na 

>> Hotaru-nai yami<<

czwartek, 10 kwietnia 2014

Miłość ma słodko - gorzki smak

Komban-wa~...
Wiem, że dawno nic tu nie było i przepraszam za to. Nic nie było napisane i nie było co publikować... Podziękujcie koledze z mojej klasy (nawet go nie lubię, ale nieważne) za wyrobienie we mnie postanowienia do napisania czegoś oraz pewnej mandze za pomysł~... Inaczej nie wiem, kiedy coś by się pojawiło.
Również podziękowania dla pewnej gorzkiej czekolady, po której jest mi niedobrze.
Ogółem źle się czuję i ciemnieje mi przed oczyma (niskie ciśnienie) dlatego przepraszam, jeżeli znajdziecie tu jakieś błędy. Nie jestem w stanie myśleć.
Enjoy~!


     Za parę dni walentynki. Ludzie dookoła mnie chodzili swoimi drogami, jak zwykle nie zwracając uwagi na to, że śledzę każdy ich najmniejszy ruch. Każde potknięcie, każde puste, nierozważne słowo padające z ich ust. Mijali mnie, zajęci swoim zwyczajnym, szkolnym życiem...
     Jak zwykle niemal wszystkie dziewczyny i większość chłopaków była zaaferowana nachodzącym świętem. Oczywiście, jakby nie mieli co innego robić... Nic tylko czekoladki, wyznania... Ba, nawet parę dziewczyn szykowało czekoladki dla Shizu-chan'a. Przekonanie, że naprawdę jest tą okropną bestią, którą znam, chyba jeszcze do nich nie trafiło. Trudno... Doświadczą tego na własnej skórze, kiedy stwierdzi, że mu to niepotrzebne. No chyba, że znów mnie zaskoczy i jakieś przyjmie. To by dopiero było wydarzenie roku...
- Słyszałaś? Yuuki-chan z klasy drugiej B ma zamiar dać czekoladki temu uczniowi z wymiany!
- Hęę? Ale on jest oblegany...
- Idiotka. Nie ma szans.
- Moje będą lepsze.
- Coo?! Ja wygram, zobaczysz!
     Takie typowe kłótnie... Pełne pustki głowy tych idiotek bywały porażająco niesmaczne.  Ich myśli były wręcz obrzydliwe. Niech sobie tworzą fancluby, haremy... Gdyby tylko wiedziały...
- Hannah! Wróć!
- Nic z tego!
- No ej, mówiłem poważnie...
- Daj spokój stary, nie ma szans, żeby odpuściła.
- Ale... Jak ona może tak za nim szaleć... Mówiłem, że tylko się założył...
- Wróci z płaczem. Najwyżej ją pocieszysz i powiesz "a nie mówiłem"?
- Nie dopuszczę do tego! Nie dam jej płakać!
     Pobiegł za nią. Głupcy... Nie patrząc ze wszystkich stron, jak można uważać się za inteligentnego? Jak mogą sądzić, że przejrzeli czyjeś uczucia?
- Jaki smak będzie miała twoja czekolada, Ai-chan~?
- Będzie biała, czy ciemna?
- Ej, ej, a robisz ją z jakimś nadzieniem?
- Dajcie spokój...
- Chcemy wiedzieć!
- Proszę, naucz mnie przyrządzać słodycze!
- Ej... Nie, poważnie dziewczyny... - Dziewczyna przyłożyła jedną dłoń do serca. - Smak powinien wyrażać wasze uczucia. Przez niego trzeba zrozumieć, jakie emocje kierowały wami podczas przyrządzania jej... Smak to nie jest coś, co mogę zdradzić.
- Heee~? Ai-chan, okropna...!
- No daj spokój Maya-chan, to to, co do niego czuję~...
- Rozumiemy, rozumiemy... Ale i tak nas nauczysz, nie...?
- Spróbuję.
     Smak wyrażający uczucia... Ciekawe, jaki byłby mój...?
- Ej, KLESZCZU!
- Yare yare, Shizu-chan~... Przybiegłeś specjalnie, ponieważ...? Ma to jakiś związek ze złamaną ręką twojego brata~? - Uśmiechnąłem się kpiąco, odwracając do niego i idąc przez korytarz tyłem.
- Ręką...?
     Chyba kompletnie go wcięło, bo aż zbladł, przystając.
- To papaaaa~!!! - Machnąłem mu na pożegnanie i pognałem do wyjścia.
- TY... CZEKAJ NO, ZABIJĘ CIĘ!!!
    Co za głupek~... Jakbym naprawdę miał ochotę na śmierć z rąk takiej osoby... A nic, na co nie mam ochoty, nie ma prawa się stać. Tak, jak w chwili obecnej nie pasowałoby mi złamanie ręki Kasuki. Jesteś idiotą, Shizu-chan, wielkim idiotą~...
     Uciekłem na zewnątrz, a potem niemal po ścianie wspiąłem się na dach szkoły. Nie, żeby to było coś wyjątkowego z moją zwinnością. Ale dla Shizu-chan'a magicznie zniknąłem. Jak miło... Słodko wyglądał, tak rozglądając się za mną z mordem w oczach. Jakby za sprawą przeczucia zerknął w górę. Pomachałem mu.
- Cześć, Shizu-chaaan~! - zaśmiałem się.
- Zabiję cię, ROZUMIESZ?! - rzucił tym, co miał pod ręką. Znów rozwalił szkołę... A przynajmniej jej kawałek... Wygiął barierki, a ja już dawno odbiegłem od brzegu dachu. Musiałby zawalić cały budynek, by mnie zabić. I zrobiłby to, ale oczywiście nie chciał zabijać "biednych" ludzi w środku~... No cóż, on nie widział sensu w zabijaniu tych pustych pionków, by osiągnąć swój cel. Szkoda. Jeszcze się nie domyślił, że ja bez skrupułów wysadziłbym szkołę, gdyby zaszła taka potrzeba. Ze wszystkimi ludźmi w środku.
     No, ale w końcu to byli moi kochani ludzie. W pewien sposób to było nawet zabawne, oglądanie ich, słuchanie o ich "cichych" i "tajnych" tajemnicach. Sekretach, siedzących na dnie duszy... które tak łatwo wyjawiali swoim "przyjaciołom".
     Nie dość, że głupie, to jeszcze naiwne.
- A-ano... Izaya-sempai? - Jakaś zarumieniona nastolatka stanęła przy mnie, akurat gdy przechodziłem korytarzem na trzecim piętrze. Zastanawiało mnie, czy Shizu-chan już idzie na dach, czy zrobi coś nieprzewidywalnego... A może upewnia się teraz, czy jego brat jest cały i zdrowy?
- Słucham, Kiku-chan~? - spytałem z przymilnym uśmiechem. Zabierała mi czas. Jednak nie ma tego złego... W końcu była źródłem informacji, które potem mogły mi się przydać, nie ważne, jak głupie by były.
- Ano... Chciałam spytać... - Splotła dłonie przed sobą, schylając lekko głowę. W stosunku do ludzi trzeba być bardzo cierpliwym... Poświęcone im najmarniejsze sekundy sprawiają, że ich umysły i usta stają się otwarte. Można wyrwać z nich każdą informację... Manipulować ich sercami, słowami i zachowaniem. Wystarczy poczekać... Jednak ona trochę mi teraz przeszkadzała. - Wiesz, chodzi o pewnego chłopaka...
- Ooch~! Słucham~! Wiesz przecież, że możesz dowiedzieć się wszystkiego~! ...Za odpowiednią cenę, oczywiście. - Rozłożyłem ręce, w geście przyjaznej "bezradności".
- Wiem~! - prawie pisnęła. - Obiecuje, zapłacę, tylko... Wiesz, jaką czekoladę lubi Toshi-kun?
    Hmm... Chyba nie było sensu mówić jej, że najważniejsze dla niego będzie, jeśli przeleje w nią swoje uczucia. Jeśli coś nie wyjdzie, to będzie jej wina. A ja będę obserwował... Obserwował jak płacze, upada, jak pogrąża się w rozpaczy. Zakochane istoty są bardziej naiwne, niż cała reszta.
- Co dostanę w zamian~?
- Co tylko chcesz! - popatrzyła na mnie z nadzieją.
     Naiwna...
- Chcę całusa. - Uśmiechnąłem się odrobinę nieszczerze. - Już, teraz. - Nachyliłem się, by ją pocałować. Tak na środku korytarza... Co prawda była całkiem sparaliżowana, ale mnie to odpowiadało. Objąłem ją ramionami, wpijając się mocniej w jej wargi. Głośne kroki, które słyszałem przed chwilą przystanęły, a następnie zawróciły jeszcze szybciej, niż przyszły. Oderwałem się od niej. - Dziękuję~! - podziękowałem uroczo, odrywając się od czerwonej jak dojrzała truskawka i niedowierzającej dziewczyny. Odsuwałem się już powoli, idąc tyłem. - Truskawkowa i z całymi orzechami~! A najlepiej bułeczki z nadzieniem czekoladowym i orzechami. - Pomachałem jej wesoło i zniknąłem.
     Z Shizu-chan'em na dziś miałem spokój. Pewnie będzie się wyżywał jeszcze dłuższy czas. Och, jak on się troszczy o to biedactwo... No cóż, w końcu jeszcze cztery lata temu mu się podobała.
     I nie dostał nawet tyle, ile ja~...
     Bo jest potworem. Nikt nie lubi potworów. Już ja o to zadbam, by każdy wiedział, że on nim jest.

     Wróciłem do swego mieszkania. Przytulnego... Pustego jak zawsze. W tak młodym wieku mogłem sobie pozwolić na mieszkanie w apartamentowcu.
     Kto by się spodziewał po takim "dzieciaku" jak ja. Wzorowy uczeń, również z własnymi wielbicielkami, aktywny na lekcjach, pomagający samorządowi, mający wtyki u samego przewodniczącego... Trzymający pod butem samego dyrektora, jakby wyciągać, ile mi zawdzięczał.
     W końcu nie każdy zostaje nauczycielem, by pomagać uczniom. Wyciszenie pewnej sprawy sprawiało, że nawet, gdybym nie był tak "wzorowy" a byłbym delikwentem na równi z niebezpiecznym Shizu-chan'em, i tak zdawałbym bez problemów.
     Jednak bycie tak "kochanym" dla innych dawało mi więcej możliwości. Sprawiało, że nie rzucały się w oczy żadne moje wybryki... Nikt nie szukał nawet dowodów na mój prawdziwy charakter. A nawet, jeśli ktoś zapoznał się z nim bliżej, nie miał szans tego rozgłosić.
     W końcu wszyscy powinni mnie kochać, choćby dlatego, że ja kocham ich~!
     Zawędrowałem do kuchni. Nie, żebym był jakiś najlepszy w gotowaniu... Raczej przeciętny, albo i odrobinę ponadprzeciętny.
     Wyładowałem zakupy. Któż by się spodziewał czekolady w moim domu... Niesamowite, prawda~? Ja, który nie cierpię słodyczy. Nie cierpię słodkości w żadnym tego słowa znaczeniu.
     A jednak. Zabrałem się do pracy, nucąc wesołą muzyczkę obijającą mi się po głowie.

     Tego ranka w szkole był harmider, jakich mało. Dziewczyny biegały z czekoladkami, przekazywały je "potajemnie" - choć niektóre i tak miałem zamiar potem wydać ich wielbicielom, choćby żeby popatrzyć, jak ich wyznania są odrzucane. Nie każdy wiedział o tych "pociągających chłopcach" tyle, co ja... - swoim "ukochanym" albo samym obiektom westchnień, u których nie miały szans. Biegały do swoich chłopaków, padały coroczne "świeże" - ale jakże tandetne - wyznania miłosne... Wszystko śmierdziało czekoladą. Ohydną słodyczą.
- O-Orihara-sempai... - jakaś malinowowłosa, drobna dziewczyna stanęła przy mnie. Ich dzisiejsze rumieńce doprowadzały mnie do wewnętrznych wybuchów głośnego, szyderczego śmiechu. To zażenowanie... Tak urocze, że aż nie do wytrzymania. - J-ja... Chciałam powiedzieć, że bardzo mi się podobasz... To wszystko, nie musisz odpowiadać! - Wręcz wcisnęła mi czekoladki i uciekła.
     Ech, będzie jej niemiło, jak je tu wyrzucę, prawda~?
     Nie zdążyłem porządnie wejść po schodach, jak kątem oka zauważyłem kolejną "fankę". Ta nie była na tyle śmiała... Nie miałem zamiaru jej ułatwiać. Choć może... Później?
     Dotarłem pod klasę. Dość wyznań, to miejsce służy do nauki...
     I mojej zabawy.
     Czas zająć się tym, by do Shizu-chan'a nie dotarły wyznania jego fanek.

     Parę lekcji później, gdy korytarze nadal wypełniały niezdecydowane dziewczyny i - niektórzy zrozpaczeni - chłopacy lub tulące się pary - nowe i stare - postanowiłem, że to czas na mój ruch. Dotarłem pod drzwi klasy - dziś wyjątkowo spokojnego - Shizu-chan'a. Widok mnie sparaliżował. Za głośnymi uczniami, stał pod ścianą i rozmawiał z jakąś dziewczyną. Uśmiechnąłem się asymetrycznie do siebie. W moim posiadaniu nie były już żadne czekoladki, pozbyłem się ich... Zostały tylko moje własne. Świadomość ich posiadania paliła mnie teraz od środka. Wyciągnąłem je z torby i powoli rozwiązałem tasiemkę z opakowania. Otworzyłem... Szelest chyba zwrócił jego uwagę, ale nie podszedł. Nie chciał mnie zabić. Już nawet to go nie interesowało w tej chwili... Chyba zbyt nią był zaaferowany.
     Wyciągnąłem jedną czekoladkę i powoli ugryzłem. Była słodko-gorzka. Oba naraz. Jak moje uczucia do niego... Gorzki z subtelną słodyczą.
     Udało mi się - pomyślałem gorzko.
     Wsadziłem resztę do ust. Było mi wręcz niedobrze, mdliło od czekolady, której przecież szczerze nienawidziłem. Jednak sięgnąłem po drugą i odgryzłem połowę. Wtedy coś pociągnęło mnie za rękę, odsuwając ją od mojej twarzy. Shizu-chan przygwoździł mnie do ściany i powąchał dokładnie, jak pachniały moje usta.
     Nawet nie zauważyłem, że już był dzwonek i wszyscy rozeszli się do klas.
- To było dla mnie. - oznajmił, nawet nie wysilając się na pytanie. Złączył nasze usta, tak, że smakował czekoladę prosto z moich ust.
     Nie, nie płakałem. Ja nigdy nie płaczę. Nie byłem też zaskoczony. Nic nie miało prawa mnie zszokować. To nie było słodkie. On nigdy nie był słodki.
     Pociągnął mnie za sobą na dziedziniec, w najbezludniejsze miejsce, jakie dało się wynaleźć.
     Aha, więc to tu zwykle się chowasz. - zdążyłem pomyśleć, nim ułożył mnie na trawie.
- One były dla mnie. - powtórzył uparcie.
- Trzeba było wziąć je sobie od niej. - odezwałem się. Nie dałem po sobie znać, jaka gorycz mnie przepełnia.
- Nie ma żadnej "niej". - rzucił jak coś nieistotnego. - Ty jesteś tu dla mnie. Kochasz mnie.
     Mimo przepełniającej mnie goryczy, pojawiła się nuta subtelnej słodkości.
     W końcu nawet, gdybym zaprzeczał, to były moje uczucia do niego.



sobota, 5 kwietnia 2014

FzA -Shitsuo x Sakuraya "Czas jest tylko iluzją" - część 1

Kolejna część Ferii z Alterami dobija na początku kwietnia~!!! XDD tak na serio to gotowa była od lutego, ale wystąpiły pewne komplikacje z betą itd. xD
Jak pewnie widzicie po nagłówku "część pierwsza" bo będzie jeszcze "część druga" i możliwe, że "część trzecia" ... a to miał być króciutki one-shot Q.Q 
Mam nadzieje że wam się spodoba... mam stresa związanego z dodaniem tego odkąd Inu-chan mi uświadomiła, że to jest pierwszy polski "Pełnoprawny fanfick" z nimi Q.q. Wiem, że Kanra-san pisała z między innymi nimi one-shot na Halloween i to w pewnym stopniu na nim się wzorowałam żeby kompletnie nie skopać im charakterów, ale mimo wszytko się boję...
Powiedzcie jak wyszło, proszę~
i żeby nie było niedomówień w prowincji Nara NA PRAWDĘ czcili jelenie jako istoty święte, a Shikamaru to "Shika" po japońsku po prostu "jeleń" a "maru" dodawane jest z reguły aby odróżnić, że jest to imię zwierzęcia a nie człowieka jak np. Nyanmaru,więc ja nie zrzynam z "Naruto" to pan 
Masashi Kishimoto zrzyna z tradycji Japonii xDD

W gęstych lasach otaczających od południa Prefekturę Nara
Osłonięta przed czasem,
Stoi niepozorna świątynia, z której czasem dobiega cichy śmiech.*
- Ne, ne, Oji** nie zgadza się!
- Cóż takiego?              
- To Haiku, sylaby są źle ułożone.
- Oczywiście, bo to wcale nie jest żadne Haiku. To wstęp do opowieści którą wasz Oji chciał was zaciekawić, ale jeśli wolicie lekcję Haiku, to...
- Nie, nie, prosimy, opowiedz!
- Oji nie daj się prosić.
- Dobrze, a więc podobno istnieje gdzieś na południowych kresach naszej prefektury malutka świątynia. Ponoć jest opuszczona od przeszło dziesięciu wieków. Dawniej u podnóży góry była malutka wioska, a ludzie tam mieszkający składali modły właśnie w tej świątyni. Mówi się, że mieszkał tam wyjątkowo przyjazny i uczynny duch.
- To dlaczego wioska już nie istnieje, czy coś się stało?
- Nie wiem, prawdę mówiąc tego nikt nie wie. Może ziemia była zbyt stroma by ją uprawiać, a może była to wioska handlowa, a gdy zniknął przebiegający tamtędy trakt wioska upadła. Niedawno ponownie odkryto tę świątynię.
- Po tylu latach? Niemożliwe. Kłamiesz Oji.
- To najszczersza prawda. Świątynia była nienaruszona i mimo, że drewniana, wyglądała jakby zostawiono ją wczoraj. Do tego ze środka dochodził cichutki, melodyjny śmiech, jakby coś dalej tam mieszkało. Grzebiąc w starych rocznikach odkryto, że gdy istniała jeszcze wioska z góry często było słychać śmiech. Mówiono, że to duch opiekun cieszy się z darów...




- Oya, oya znów o nas mówią Shikamaru~... - Brunet w różowo-białym kimonie uśmiechnął się serdecznie przestając wsłuchiwać się w przyniesiony z wiatrem głos i podszedł do stojącego kawałek dalej, skubiącego trawę białego jelenia. - Miałeś rację, że powinienem być cicho, gdy przyszli tu ostatnio zobaczyć świątynię~... - westchnął cicho i dalej głaszcząc jelenia obserwował łąkę. Niebieskie motylki - rumisushijimi - latały sobie beztrosko, przysiadając na liskach i płatkach kwiatów. Kilka z nich przysiadło na rogach Shikamaru, wprawiając Sakurayę w śmiech. 
- Ładnie ci w niebieskim. - skwitował, na chwile się opanowując. Zakrył sobie usta rękawami kimona i nadal chichotał. Jeleń w odpowiedzi tylko prychnął i uniósł wyniośle głowę. Płochliwe motylki odleciały szybko. Jeden przysiadł sobie na nosie Sakurayi, który uśmiechnął się serdecznie.
- Ne, popatrz Shikamaru, to nasz nowy przyjaciel. - Pozwolił motylowi przejść na swój palec i usadził go z powrotem na rogach jelenia. - Masz być grzeczny i już nie prychać~... - pouczył go. Odwrócił się i podszedł do stojącej nieopodal miotły.
- No, koniec przerwy, zabieramy się za sprzątanie~... - Odwrócił się z powrotem do przyjaciela chcąc poprosić go o pomoc, jednak na jego miejscu stała ogromna, niebieska kula. Brunet popatrzył zdziwiony, a następnie zaczął się śmiać, omal nie przewracając się na miękką trawę. Kula zamrugała i zdziwiona spojrzała na niego.
- Motylki cię obsiadły~... - wyjaśnił, perliście się śmiejąc i starając się to ukryć za pomocą rękawów kimona. Jeleń, najwyraźniej urażony zachowaniem duszka odwrócił się i odszedł w krzaki, po chwili znikając. Obsiadające go motylki zdziwione tym co się stało wzbiły się w powietrze i rozleciały się na wszystkie strony. 
- Przepraszam za niego~... - Opanowany już brunet skłonił głowę. - Brak mu ogłady~... Zostańcie jak długo chcecie~. - zaproponował, odchodząc w stronę świątyni. Skoro Shikamaru go zostawił, musiał sam wysprzątać calutką...

* to mój własny wymysł, błagam nie śmiejcie się x.x wiem, że słabo mi idzie pisanie Haiku, ale dla mnie sukcesem już było to, że pierwszy i trzeci wers mają tyle samo sylab xD 
**Oji - tu: Dziadek, najstarszy z rodu. Tytułując tak swojego dziadka wyrażało się szacunek do niego jako pana domu. Często używany w Japonii około roku 1950 w rodzinach o konserwatywnym podejściu do życia. 

 *********************************************************************************

     Zdążył już wytrzeć kurze i pomyć półki oraz meble, wymieść cały nagromadzony kurz i piach oraz umyć podłogi, gdy podjął się najtrudniejszego zadania - wysprzątania składzika z niepotrzebnymi rupieciami. Przesunął shoji i westchnął, widząc tak ogromną ilość rzeczy, którą musi wytrzeć. Na dobry początek otworzył również drugie drzwi licząc, że wiatr pomoże mu i wydmucha choć trochę kurzu.
- Kaze*-sama, użyczyłbyś mi trochę twej mocy~? - zapytał w przestrzeń, po kilku minutach wpatrywania się w schowek oraz w krzaczek nieopodal. Podczas tych minut nie poruszył się ani jeden listek. Był wyjątkowo bezwietrzny dzień, jak z resztą co lato.
     Sakuraya westchnął, dając za wygraną i poszedł do pobliskiego źródełka. Nalał do zabranego wcześniej czajniczka trochę wody i dosypał zerwanych tuż przy wodzie listków.
- Skoro wiaterek nie chce nam pomóc to może ty będziesz tak miły~… - zapytał dzbanek, po czym uśmiechnął się wesoło. - Proszę o zimną, pyszną i orzeźwiającą zieloną herbatkę~… - Zamknął czajniczek i przeszedł na wewnętrzny balkon świątyni. Wyjął, z przyzwyczajenia, dwie czarki i ustawił je na tacce. Postawił tam również dzbanuszek i przeniósł to na taras obok schowka. Tam usiadł i uśmiechając się, wpatrywał w krzątające po łączce motylki. Kilka z nich piło nektar z pięknych, złotych kwiatków. Przypadły one Sakurayi do gustu już samym wyglądem, więc szybko tam podbiegł i zerwał kilka. Przyjrzał się im dokładnie i postanowił, że będą świetną ozdobą jego herbatki. Wrócił na swoje miejsce, układając kwiatki. Gdy wydawały się już przyzwoicie ułożone sięgnął po czajniczek i nalał trochę płynu do czarki. Był żółtawo-zielony.
- A więc jednak~… Dziękuję~… - Znów uśmiechnął się do czajniczka i wziął do ręki czarkę. - Pyszna jak zwykle~… - zaśmiał się cichutko i spojrzał na kwiatki. Teraz siedział na nich niebieski motylek.
- Witaj Rumisushijimi-san~… Czyżbyś przyleciał napić się ze mną herbatki? - Odczekał chwilę i uśmiechnął się pogodnie. - Wspaniale, zatem zapraszam~… - Nalał wody z do drugiej czarki. - Masz piękny kolor skrzydełek, wiesz~? - Motylek jak na zawołanie zamachał nimi, chyba chcąc odlecieć. - Och wybacz, nie chciałem być nietaktowny. - Skłonił się. - Uważam, że kolor jest niezwykły~… - Żyjątko poruszyło powoli kilka razy skrzydełkami i się uspokoiło. - Oczywiście, nie okłamałbym pana~… Ten kolor jest tak piękny jak letnie niebo, a przyzna pan, że to jedna z najcudowniejszych barw na palecie Shizen**-san’a~…
     Sakuraya wziął jeszcze łyka herbaty i spojrzał w niebo. Ten kolor przypomniał mu jego krewniaka Tsugaru. Był on o wiele bardziej potężny, znany i szanowany niż taki mały młody duszek jak Sakuraya. Blondyn mieszkał na północy między Honsiu i Hokkaido. Mieszkający tam rybacy byli tak wdzięczni za przybycie i opiekę ducha, że nazwali przebiegające tamtędy cieśniny właśnie cieśninami Tsugaru. Jeśli brunet dobrze pamiętał odwiedzał Tsugaru-san jakieś pięćdziesiąt - sześćdziesiąt lat temu, co dla ducha opiekuna wcale nie jest długim czasem, jednak dla świątyni i owszem. Musiał się sporo napracować, by przywrócić temu miejscu obecny stan. Podczas jego nieobecności w lesie nieopodal postawiono dziwną świątynię. Gdy wrócił była jednak kompletnie opuszczona. Nie mogąc zrozumieć dziwnej konstrukcji, a także nie widząc żadnych mieszkających tam duchów zasmucił się i wrócił do swojej świątyni. Co jakiś czas wracał na tamto miejsce licząc, że może duchy powróciły i może się z nim zaprzyjaźnią, jak na razie bezskutecznie. Wzdychając po zaraz kolejny, dopił herbatę i ukłonił się motylkowi.
- Proszę o wybaczenie, muszę już wracać do swoich obowiązków~… - Skłonił się raz jeszcze i wrócił do składzika, cały czas chichocząc.
     Podparł ręce pod boki i westchnął.
- Od czego by tu zacząć~... Ne, jak ty myślisz panie motylku~? - Obrócił się do przyjaciela, niestety ten zniknął. - Och, odleciałeś… Trudno, jakoś sobie poradzę~. - mruknął i znów popatrzył na składzik. Na samej górze pokaźnego stosu rupieci zobaczył niebieską palemkę. - Rumisushijimi- san~… Jednak mnie nie zostawiłeś, tak się cieszę~! - Zrobił piruet i klasnął w dłonie. - A więc dobrze, mówisz, żeby zacząć od góry~? Wiesz nie jestem pewien, lawina zawsze spada z góry - pokazał palcem kierunek - na dół… Może więc lepiej zabrać się za dół~? - zapytał, podchodząc i chwytając za jakąś stojąca na dole paczkę. Motylek nerwowo zamachał skrzydełkami i podleciał do bruneta. – Ale tu kurzu~… - Przejechał palcami po pudełku. Przesunął rękawem kimona po kilku innych rzeczach, zupełnie przypadkowo wzbijając tumany kurzu. - A-a-a-psik~! - kichnął sprawiając, że jeszcze więcej szarych drobinek uniosło się w powietrze. Potarł nosek i kichnął raz jeszcze. - Panie motylku, musimy stad uciekać~… - Kichnął raz jeszcze. Udało mu się wyjść dopiero po chwili. Cały czas kichając, otrzepał się.
- Jestem cały zakurzony~… - mruknął do siebie. - Jeszcze ktoś pomyśli, że byłem w tym schowku~! - zachichotał i otrzepał sobie włosy. - To chyba na nic~... Powinienem się umyć~! - stwierdził i wesoło podreptał do strumyczka. Opłukał twarz i poszarzałe włoski. Spojrzał na swoje odbicie, zauważając na czubku głowy niebieski punkcik.
- Tak, już wszystko w porządku~. Musiał ze mnie zażartować jakiś duszek kurzu~… - pokręcił, rozbawiony, główką. - Szkoda, że się nie przedstawił, moglibyśmy pobawić się razem~!
- Panie motylku może się pan umyje~? - spytał, odczekał chwilę. - Dobrze, jeśli motylkom szkodzi woda proszę to zrobić tak, by był pan zdrów~! – Znów chwila ciszy. - Ach rozumiem, a więc musimy się rozstać~… - Sakuraya uśmiechnął się smutno, wstając. – Dobrze, więc dziękuję za miło spędzony czas~. - Grzecznie ukłonił się odlatującemu w las gościowi. - Proszę dbać o siebie i zapraszam ponownie~! - Odpowiedziała mu cisza, ale on tylko uśmiechnął się pogodnie, ukłonił raz jeszcze i wrócił do swoich obowiązków.
     Uzbrojony w miotełkę i z lnianą szmatką obwiązaną wokół nosa i ust, z poważną miną popatrzył na składzik.
Wszedł do pokoju i delikatnie piął się po pozostawionych niegdyś niechlujnie rzeczach, na samą górę stosiku.
- Pan motylek kazał zacząć od góry. - mruczał do siebie, nie przejmując się, że szmatka na jego twarzy zniekształca głos. Najważniejsze było, że chroniła przed kurzem. Powoli wynosił wszystkie rzeczy na trawnik, oglądając je przy tym.
     Uzbierało się już ich całkiem dużo, a duszek wciąż przynosił nowe. Zaciekawione motylki podlatywały i siadały na skrzynkach, szkatułkach, naczyniach, wazach i wszystkim co tylko przyniesiono. Niektóre też latały za chichoczącym Sakurayą, doglądając jak pilnie pracuje.
     Gdy opróżnił już cały składzik, zmęczony usiadł na trawie, chcąc zrobić sobie przerwę. Po niespełna minucie wpatrywanie się w przepiękne błękitne niebo i obserwowaniu zabawnej, małej, puszystej chmurki delikatnie sunącej po niebie, brunet usłyszał zdenerwowane prychnięcie, potem drugie, uderzenie kopytem o ziemię i kolejne. Zdziwiony podniósł się do siadu.
- Shikamaru? - Zdziwiony spojrzał na zdenerwowanego jelonka prychającego na niego raz po raz i gotowego do szarży. – Shikamaru to ja~… - Zdenerwowany podniósł się szybko i zaczął machać rękoma… Dopiero wtedy zauważył, że jego kimono przybrało szarą i brudno-różową barwę, a ręce były prawie czarne. – Pewnie wyglądam jak węgielek, co~? - zapytał się zdziwionego przyjaciela. - Miło, że już się na mnie nie złościsz~! - dodał, gdy ten niepewnie do niego podszedł. - Chcesz mieć szarą plamkę na głowie~? - zapytał wahając się, czy go pogłaskać, czy lepiej nie brudzić jego idealnie białego, wręcz lśniącego futerka. Przestraszony jelonek cofnął się o krok. - Dobrze, to może chodźmy się umyć~! – zaproponował, idąc już po świeże kimono.
     Shikamaru stojąc w miejscu uderzał kopytkiem o ziemię.
- Tak wiem, wiem~! - uśmiechnął się Sakuraya. - Potem to wyczyszczę, ale duszek opiekun świątyni nie może wyglądać jak siedem nieszczęść, prawda~? - Uśmiechnął się dumnie widząc, że jeleń dał za wygraną. Uradowany brunet podskoczył i zaklaskał, po czym skocznym krokiem udał się nad wodospad płynący nieopodal świątyni.
- Wiesz, Shikamaru~... - Zrobił pauzę, podczas której jelonek cicho i przyjaźnie prychnął, co można było odczytać jako „co?”.  - Zawsze chciałem pójść śladem wody z wodospadu i zobaczyć, czy to ona wpływa do naszego źródełka~! – Odpowiedziała mu cisza. - Wiem, że uważasz to za oczywistość, ale ja chcę to sprawdzić~… - upierał się.
     Przystanęli nad jeziorkiem i Sakuraya odetchnął głęboko, patrząc na przepiękny krajobraz. Zdjął kimono i ze śmiechem wskoczył do wody. Była przyjemnie chłodna i krystalicznie czysta. Brunet szybko się opłukał i zaczął szorować, co jakiś czas się śmiejąc.
     Biały jelonek, który przyszedł tu z brunetem, leżał sobie spokojnie na brzegu od czasu do czasu łypiąc jednym okiem na swojego przyjaciela.
     Sakuraya zachęcony do psikusów, pod dźwiękową osłoną wodospadu podszedł do drzemiącego Shikamaru i prysnął na niego wodą. Jelonek odskoczył, przestraszony.
- Hahaha~! Shikamaru, jak na pana długowieczności jesteś bardzo strachliwym stworzonkiem, wiesz~! A ponoć tylko spokojni dożywają sędziwego wieku~...
     Jelonek tupnął kopytkiem i prychnął.
- Co ja~? - zdziwił się brunet. - Ja jestem najlepszym przykładem~! Może jako duszek żyję już ponad pół wieku, ale przecież zginąłem młodo~! - Znów prychnięcie. - No już, już, nie bocz się~… - poprosił cichutko i skłonił głowę w przepraszającym geście. - Najmocniej przepraszam, jeśli pana uraziłem~… Delikatnie spod grzywki spojrzał na na promieniejącą samozadowoleniem, autorytetem i oczywiście duchowym blaskiem sylwetkę jelenia. – Hm~! - Uśmiechnął się wesoło. - Skoro raczyłeś mi przebaczyć panie, czy mógłbym zaproponować powrót do mych włości celem dokonania oglądu nowo odkrytych składzikowych skarbów~?
     Gdy Shikamaru pokiwał głową, brunet znów klasnął i skłonił głowę.
     Wyszedł z wody, ubrał się w owe, przyniesione nad wodę, kimono i ruszyli w drogę powrotną. Podczas jej trwania jeleń spojrzał na trzymaną przez bruneta „szmatkę”.
- Ach to~? Miałem zamiar je uprać, ale przecież i tak jutro robimy wielkie pranie~! - Uśmiechnął się wesoło, podskakując. Uwielbiał prać, zawsze było tyle bąbelków i piany, a nowo wyprane ubrania ślicznie pachniały.

     Sakuraya nucąc jakąś wesołą piosenkę i podskakując od czasu do czasu, wrócił w asyście jelonka do swojej świątyni. Zastał ją w dość… zmienionym stanie.
- Plaga motylków~… - pisnął widząc, że niegdyś brązowa świątynia wydawała się w niektórych miejscach niebieska.  – I co ja niby mam zrobić~? - Odpowiedziało mu prychnięcie. - Nieprawda Shikamaru, to nie moja wina~… - wykłócał się. Jednak jelonek uciął dyskusje stanowczym prychnięciem i odwróceniem głowy. - Dobrze, w takim razie jaśnie panicz raczy się odgniewać, a ja spróbuję jakoś porozmawiać z uzurpatorami naszej pięknej świątyni~… - mruknął i odszedł. - A wydawały się takie miłe~... - westchnął jeszcze.
     Zaczepił jednego z niebieskich przybyszy i spytał o co chodzi. Okazało się, że w klatce na ptaki, jaka znajdowała się w składziku, utknęło kilka motylków, a reszta przyleciała im pomóc. Wystraszony tym zajściem brunet szybko pobiegł do wewnętrznego ogrodu.
- Przepraszam~… Najmocniej przepraszam~… Uwaga na skrzydełka~…
     Wreszcie dotarł do klatki. Jak się okazało stary mechanizm nie utrzymał jej otwartej, gdy motylki wleciały chcąc się przyjrzeć dziwnej konstrukcji. Sakuraya ze zrozumieniem pokiwał głową i po chwili męczenia się z mechanizmem otworzył klatkę. Przerażone motyle czym prędzej wyleciały na powietrze. Zapanowała wesoła wrzawa. Z dachów i podłóg świątyni w niebo wzleciały wszystkie motylki i wielką niebieską chmarą ustawiły się w podziękowanie dla bruneta. Uradowany tak niezwykłym spektaklem patrzył jak zauroczony na litery „napisane” na niebie. Podziękował i skłonił się usłużnie, życząc im przyjemniej podróży i przepraszając za niedogodności.
     Uśmiechnął się do siebie.
- Widzisz Shikamaru, to byli bardzo mili najeźdźcy~! – Pomachał ręką oddalającym się motylkom i wrócił do rozstawionych na trawie pudeł. – Ne, zobaczmy co tam ciekawego przodkowie nam zostawili~... - Usiadł na trawie, otwierając ogromną skrzynię. – Wooo~! Popatrz Shikamaru, jakie piękne~… - Oglądał długie, złote kimono z milionami wyhaftowanych wzorków. Później na grube, jedwabne obi, wysokie sandały na koturnach, a nawet idealnie gładkie i czyste jedwabne skarpetki – tabi. Jednak oczy zaświeciły mu się dopiero gdy zobaczył będące w mniejszej skrzyneczce ozdoby do włosów. Zapiął z tyłu spinkę, zbierając swoje krótkie, czarne kłaczki i wbił w ten bardzo malutki i nieudany koczek długą, prosta pałeczkę z kulkami i jakimiś frędzelkami. – Ne Shikamaru, jak wyglądam~? - Zakręcił się, a wtedy kuleczki zadzwoniły. - Popatrz~… - cieszył się. Chwycił za dołączone do kompletu wachlarze i zaczął wesoło podskakiwać, machając nimi. – Oi, nie zniszczę~… - jęknął, przystając. – Shikamaru, czemu ty zawsze jesteś taki surowy~? - Odłożył rzeczy do skrzyni. - Wiem, że to pewnie ceremonialne kimono na jakieś święto, ale nie było przecież używane od tak dawna~… - mruknął, gładząc delikatny materiał. - Dobrze, zostawię je… - poddał się w końcu, zamykając skrzynię. Z zastanowieniem wybrał kolejne barwne pudełko. W jakiś sposób wydało mu się dziwnie znajome.
- To przecież~… - zaczął, wyraźnie uszczęśliwiony. Zdziwiony jelonek podszedł do niego i prychnął coś, co można uznać za „co to takiego?”. – Nie wiesz~? – zdziwił się brunet. - To rytualna kadzielnica~! Do tego moja~… Przywiozłem ją dawno, dawno temu… Chyba o niej zapomniałem~! - zachichotał i uważnie ją wytarł. – No tu palimy kadzidło, a jak powąchasz opary to przenosisz się w stare czasy~! – Spojrzał zdziwiony na jelonka. - Nie, nie mogę aż tak dawno. Szesnasty wiek to wtedy, gdy wioska tętniła życiem, mam rację~? - Gdy jelonek potwierdził, brunet kontynuował. - Niestety, stara kadzielnica mi się zbiła, więc poprosiłem o wykonanie nowej, ale duch rzemieślnik zastrzegł, że nie będę mógł cofnąć się dalej niż do dnia, w którym mi ją odda do użytku~… - Jeleń szturchnął rogiem. - Au~… No to był przypadek, nie zbiłem tego specjalnie, poza tym nigdy jej nie użyłem, bo po co~? - Wzruszył ramionami. – Musze ją mieć, jest to atrybut białego węża prawda~? - Uśmiechnął się przepraszająco. - Ale~… - Do głowy przyszła mu pewna myśl. - Możemy się cofnąć do dwudziestego wieku, kiedy to mnie nie było tutaj - wskazał miejsce w którym stoi - a tam - wskazał las - zbudowano tę dziwną świątynię~! – Zapalony nowym pomysłem szybko wrzucił kadzidło i rozpalił ogień. Zamknął pokrywkę.
- Jak to „tak to nie chcę”~? - jęknął, zdziwiony postawą przyjaciela. - Dobrze… I tak ktoś musi pilnować kadzidła, więc ty się tym zajmiesz~! - postanowił i nim jelonek zdążył zaprotestować biały, gęsty dym dotarł do nozdrzy bruneta, a on sam osunął się na ziemię.
     Jeleń prychnął zezłoszczony zachowaniem bruneta i usiadł obok niego, uprzednio zakrywając naczynie.

******

     Sakuraya obudził się wśród wysokiej trawy. Potarł rękoma zaspane oczy i dopiero wtedy uświadomił sobie, co się stało. Ten zarośnięty i trochę zaniedbany ogród był jego własnym, tylko, że około sześćdziesiąt lat wstecz. Obok niego leżała kadzielnica. Popatrzył na dym wychodzący z jej wnętrza i gdy dotarło do niego, że marnuje go, więc szybko zamknął naczynie. Musi mu jeszcze przecież starczyć na powrót do swoich czasów. Uśmiechnął się, chcąc sobie dodać otuchy i wstał. Rozejrzał się po zapuszczonej okolicy i zaczął wsłuchiwać się w wiatr. Liczył, że usłyszy jakieś głosy z tej dziwnej świątyni, ale jedynie świszczało mu w uszach. Westchnął cicho, myśląc w pierwszej chwili, że pomylił epoki…
     Dopiero gdy chciał pogadać z wiewiórką siedzącą na pobliskim drzewku i nie zrozumiał co mu tłumaczyła, zrozumiał. Kadzielnica zmieniła go w człowieka.
- No tak~… - Stuknął się delikatnie w głowę. - Przecież ona miała pokazywać przeszłość i sprawiać, że duchy będą rozumieć to, co czuli ludzie, jak można by tego dokonać nie stając się człowiekiem~…
     Bogaty o te jakże istotne informacje ruszył dróżką, która jak mu się zdawało, prowadziła do świątyni. Nie była wydeptana, w ogóle jej nie było, brunet starał się rozeznać w terenie patrząc na charakterystyczne drzewa czy skały. Jednak wygląd tych pierwszych mógł się zmienić przez pół wieku, więc szło mu to dość opornie.
- Beznadzieja~… - westchnął, opierając się o kamień. – Nikogo zapytać o drogę, z nikim pogadać, do tego komary gryzą~… - westchnął jeszcze, ocierając czoło z potu. - O, do tego pot. - mruknął do siebie i ruszył w dalszą drogę. Zabawnie było tak po przeszło dziesięciu wiekach wrócić do świata żywych.
     Z wolna drzewa zaczęły się przerzedzać i ustępować miejsca idealnie przystrzyżonej, bujnej, zielonej trawce. Sakuraya wyszedł z pomiędzy ostatnich drzew i uniósł głowę, obserwując ogromną, białą posiadłość z kolumnami, małym źródełkiem, z którego środka tryskała woda i kamiennym wejściem świątynie. Przynajmniej wydawało mu się, że jest to świątynia. Nie widział ani pielgrzymów, ani dzwonu, ani skrzyni na ofiarę dla bóstwa.
- Cóż, może jest z drugiej strony~… - podsumował. W końcu gdy on przechodził do tego zaniedbanego dworu też nigdy nie wiedział, którędy należało wejść. Okrążał budynek i wracał. Później zaczął przechodzić przez okno, ale przecież do tak niezwykłej świątyni na pewno było równie niezwykłe wejście, prawda?
     Swoim starym zwyczajem obszedł całą budowlę naokoło. Nie pomylił się, po drugiej stroni rósł piękny, starannie przycięty klomb, a kawałek dalej zaczynały się drzewka. Było tu naprawdę ładnie i nienagannie wręcz równo i schludnie, mimo to Sakuraya wolał swój mały ogródek koło świątyni, ten wydawał mu się zbyt wielki i niezbyt harmonijny.
     Może mieszka tu jakieś bóstwo z typu chaosu~? - Zadrżał na myśl o tym. Wcześniej tylko raz spotkał złe bóstwo, które okazało się w istocie być demonem. Ponoć i do nich modlili się ludzie, a te kami były wyjątkowe, ponieważ lubowały się w okrucieństwie i dziwności. Nie podobało mu się w towarzystwie tego demona. Jeśli tu mieszkał podobny, to może faktycznie dobrze, że wyniósł się zanim Sakuraya powrócił do świątyni po swoim pobycie u Tsugaru.
- Ale przecież może być bardzo miły~… - próbował się pocieszyć, odważnie stawiając krok za krokiem. Znieruchomiał, słysząc jakiś hałas. – To na pewno psotny demon znów mi płata figle~. - pisnął trochę przestraszony, ale szedł dalej w stronę źródła hałasu.
- Shitsuo zabij ją, zabij! - Na dźwięk władczego tonu od razu znieruchomiał. Jaki potwór mógłby być tak okrutny i mściwy, żeby z taka wręcz chorą radością krzyczeć o zabójstwie! Sakuraya znieruchomiał i głośno przełknął ślinę. „To na pewno złe duchy, to na pewno złe duchy” powtarzał sobie w myślach, trzęsąc się ze strachu. Objął ramiona dłońmi i z niepewną miną szedł dalej.
- Już, paniczu. - A ten głos dla odmiany był naprawdę przyjemny. Brunet trochę się rozluźnił i dopiero wtedy zrozumiał sens słów. Zabili kogoś! Pisnął przerażony i schował się między drzewami.
- Cóż to za hałasy, Shitsuo sprawdź to! - Znów ten władczy głos. Duszek, chwilowo w ludzkiej formie, zatrząsł się ze strachu. – Ja tymczasem idę odpocząć w moich komnatach. Przynieś mi podwieczorek. Mam na dziś dość obcowania z naturą. - Osoba głośno prychnęła.
- Tak jest, mój panie.
     Słychać był jeszcze jakiś pisk jakby tarcie metalu o kamień, a później miarowe i powolne stukoty. Na szczęście dźwięk się oddalał. Sakuraya odetchnął z ulgą, wyglądając spomiędzy drzew. Rozejrzał się najpierw w prawo, potem w lewo i tak na wszelki wypadek za siebie. Gdy tylko upewnił się, że jest sam, wciąż obrócony tyłem do posiadłości odetchnął cicho i uspokoił szalejące tętno.
- Już od dawna się tak nie bałem~. - mruknął do siebie. - No cóż, pora wracać~. - Z uśmiechem na twarzy zrobił piruet, obracając się o sto osiemdziesiąt stopni i o mało nie krzyknął z przerażenia wpadając na blondwłosego mężczyznę w dziwnym czarno-białym ubraniu. 
- Sumimasen~! - pisnął przerażony, odskakując od zdziwionego przybysza. Schował się za drzewem i niepewny spoglądał na człowieka. Tak, człowieka, wcale nie demona, który stał przed nim. Gdy tylko brunet to zrozumiał wyszedł spomiędzy krzaków, kłaniając się nisko.
- Bardzo przepraszam za najście~. - powiedział melodyjnie i z zaciekawieniem spojrzał z pomiędzy grzywki na te dziwną osobę.
- Och, a więc witamy szanownego gościa w naszych skromnych progach. Czy jest jakiś powód dla którego panicz zakradał się do ogrodu a nie raczył wejść frontowymi drzwiami? - spytała osoba. Sakuraya zdziwiony jego postawą jak i niecodziennym ukłonem polegającym na trzymaniu jednej reki na piersi, tylko cicho westchnął. Dopiero po chwili zorientował się, że zostało mu zadane pytanie.
- Frotowe wejście~? - zdziwił się trochę. Nie widział przecież żadnego shoji z, jak się właśnie okazało, przodu budynku. Spłonął rumieńcem znów przepraszając i tłumacząc się, że go nie widział. Zdziwiony jego zachowaniem kamerdyner przyklęknął, chcąc dokładnie przyjrzeć się przybyszowi.
- Przykro mi, jednak nie możliwym byłoby nie zauważenie wejścia. Niestety nie przyjmuję takiej odpowiedzi, czy mógłbym poznać prawdziwy powód pańskiej wizyty? - odpowiedział płynnie, wciąż wpatrując się w przybyłego. Sakuraya zacisnął ręce w piąstki i nadął policzki, patrząc na blondyna.
- Chciałem się tylko przywitać~. Byłem ciekaw jaki duch mieszka w tej świątyni, a sądząc po tych odgłosach na pewno jest straszny~...
- Duch?
- Tak, duch opiekun~. - Potwierdził, przyglądając się z bliska twarzy blondyna. Była podobna od Tsugaru... Może jednak pomylił się z osądem i to wcale nie człowiek a jednak jakieś kami? - Słyszałem jak kazał kogoś zabić- upierał się- myślałem ze może się zaprzyjaźnimy więc przyszedłem dowiedzieć się kto tu zamieszkał~. - Wyjaśnił. Teraz już nie był pewien co się stanie. A co jeśli kazano zabić kogoś, bo tu wszedł nieproszony? Wystraszył się i zatrząsł. Zobaczył dziwnie białą dłoń przybliżającą mu się do twarzy i odruchowo podniósł ręce w obronnym geście. Pisnął z przerażenia czekając na cios, który nie nadszedł. Poczuł za to dziwny materiał na swoim czole.
- Rany~... Nie ma panicz gorączki jednak wygaduje takie bzdury o duchach. - odparł kamerdyner. - Powinienem zabrać panicza do środka. Mój panicz powinien dowiedzieć się, że był tu jakiś intruz a więc... Proszę za mną. - westchnął i ruszył w stronę domostwa. Po kilku krokach obrócił się chcąc zobaczyć czy chłopak za nim idzie. Szedł, niepewnie, kilka kroków za nim. Najwyraźniej naprawdę przestraszył się, że kazano kogoś zabić... Tylko że... Nie było takiego rozkazu... Chyba, że... Przypomniał sobie jak jakaś olbrzymia ważka przerwała Hibyi-samie lunch i kazał ją zabić. Czy mogło chodzić o to?
- Przepraszam przybyszu, czy mógłbym się dowiedzieć o jakim zabójstwie mówiłeś chwilę wcześniej?
- Um... Chwilę zanim pan się pojawił słyszałem nieprzyjemny krzyk "zabij ją, zabij ją", wystraszyłem się i schowałem. - wyjaśnił, coraz bardziej się bojąc. A jeśli jemu też się coś stanie? Przecież jest tylko człowiekiem... Dodatkowo zostawił kadzielnicę w świątyni, nie będzie mógł wrócić gdyby coś mu zrobili...

*Kaze -  jap. wiatr
**Shizen- jap. natura

******************************************

- Zabierz tego plebsa sprzed moich oczu, nic mnie nie obchodzi, że majaczy. - Sakuraya skulił się i bardziej przytulił do nóg Shitsuo, słysząc ten krzyk. Był straszny. Na jakimś wysokim i obudowanym klocu drewna z dziwną wystającą z tyłu ścianką (tron w wersji „Japończyk patrzy na dziwactwa Europy”) siedział chłopiec, bardzo podobny do niego. Dodatkowo miał na sobie dziwne ubranie. Pelerynę, bufiaste spodnie jakie widział u przybywających do jego wioski Holendrów... Ale to przecież było kilka wieków temu - zastanowił się. Na głowie miał błyszczący złoty okrąg, którego Sakuraya zupełnie nie mógł skojarzyć ani z atrybutem, ani z narzędziem, ani z artefaktem żadnego bóstwa... Najbardziej przypominało mu to złotą miskę, ale wolał nic nie mówić by nie zdenerwować "panicza" jeszcze bardziej. Swoją droga "panicz"... Nie znał bóstwa o takim imieniu, kim on mógł być? - Nie obchodzi mnie, że jest podobny do mnie, nie obchodzi mnie co z nim zrobisz, ale niech zejdzie z moich oczu!
     Nie ważne jak się nazywał, był straszny. Sakuraya zatrząsł się i popatrzył błagalnie na kamerdynera. Bał się, ale od blondyna czuć było ciepłą aurę. Liczył, że jego zmysł tym razem go nie zawiódł, bo byłoby z nim naprawdę krucho.
- Ma piękne kimono. - upierał się dalej Shitsuo. Brunet poczuł jak pieką go policzki, więc zakrył je rękawem swojego, ponoć pięknego, kimona. - Być może należy do jakiejś tutejszej arystokratycznej rodziny, nie można go tak po prostu wyrzucić, paniczu.
- Phie jest u mnie więc mam prawo! Poza tym Japonia jest skończona, po wojnie wszyscy wtrącili swoje pozycje, nie obchodzi mnie kim jest! - fukał dalej. - Ale to prawda, jego ubiór jest niezwykły, piękny i egzotyczny. - mruknął, uśmiechając się przebiegle. Jeśli do tej pory Sakuraya się bał, to teraz prawie zemdlał. On był straszny! - Shitsuo dowiedz się skąd taki plebejusz go ma i sprowadź mi takie tylko dostojniejsze, piękniejsze, droższe i przede wszystkim złote jak u króla!
- C-cesarz nosi czerwony~. - napomniał cicho. A gdy "panicz" spiorunował go wzrokiem schował się jeszcze bardziej za blondynem.
- Wedle życzenia, paniczu. - Znów ten dziwny ukłon. Sakuraya musiał się cofnąć o krok żeby nie zderzyć się z blondynem. A później ciągnięty za rękę opuścił pokój. 
- M-mógłbyś mnie puścić~? - Odważył się zapytać, gdy już oddalili się od tego krzyczącego ducha.
- Słucham? - zdziwił się blondyn. W końcu tylko chwycił go za rękę i prowadził przez korytarze, co w tym złego? - Przepraszam, jeśli uraziłem... - zaczął, kłaniając się.
- Nie, nie. - Zamachał szybko rękoma, starając się to wyjaśnić. - Nie wiem jak jest w świecie duchów, ale u ludzi dotykanie się z nieznajomym jest niedopuszczalne, to narusza granice~. - wyjaśnił niepewnie. 
- Rozumiem, a więc przepraszam. - Skłonił się ponownie. - Zatem czy panicz zechciałby mi towarzyszyć?
- Nie, proszę! - pisnął przerażony, znów się za nim chowając. - "Panicz" jest straszny~. - Popatrzył na blondyna błagalnie. Westchnął widząc, że ten najpewniej nic nie rozumie.
- Dziwny z ciebie dzieciak. - westchnął, wpatrując się z konsternacją w bruneta. - I czy przypadkiem nie naruszasz teraz tej zasady o nie dotykaniu się?
- Sumimasen~! - pisnął, puszczając go.
     Zaprowadzono go do kuchni i podano... coś. Owe coś wyglądało jak patyk z trzema końcami, do tego dostał łyżkę i nóż przypominający trochę tanto. Zdziwiony spojrzał na blondyna trzymającego... inne coś. Wyglądało jak duży, srebrny placek i miało na sobie jakąś dziwnie płytką miskę i inne prawie placki których końce skierowany były jednak do góry i coś, co od biedy można uznać za zupełnie nieudolną i robioną przez dziecko czarkę. Z tym, że było pięknie pomalowane i w miarę foremne. Zaprowadzono go do innego pokoju. Wszystkie rzeczy blondyn ustawił na wyjątkowo wysokim i niewymiarowym stole. 
     Gdy kazano mu usiąść, Sakuraya ze zdziwieniem rozejrzał się po podłodze. Nie widział żadnych poduszek... Chcieli go znieważyć i zmusić do siedzenia na ziemi? Wzruszył ramionami i usiadł tam, gdzie stał. Widząc to Shitsuo westchnął.
- Przepraszam, że naruszam zasadę nietykalności, ale w tym domu siadamy na krzesłach. - westchnął i przeniósł siedzącego Sakurayę na ów mebel.
     Zdziwiony brunet pokręcił się trochę, znów siadając na kolanach. To było takie niewygodne, stopy mu się nie mieściły przez tę wystającą ściankę z tyłu klocka.
- Ne Shitsuo-san~? - Miał nadzieję, że nie pomylił imienia. - Przykro mi to twierdzić, ale demoniczne siedziska są niewygodne~. - mruknął, nadal próbując się ułożyć. -To niewykonalne~! - pisnął.
     Zdziwiony tym faktem blondyn mimo uszu puścił przydomek „demoniczne” i podszedł do bruneta. Gdy zobaczył jak siedzi, o mało nie pacnął się w czoło.
- Nie tak. - Chwycił go, podniósł i postawił na ziemi. Odsunął krzesło i popchnął go na nie. - Siadamy w ten sposób. Nogi są na ziemi. - mruczał. - Czy ty nigdy nie siadałeś? - zdziwił się. W końcu… To potrafiło każde dziecko.
- Co to za pokraczny sposób~? - obruszył się Orihara. - Każde małe dziecko wie, że siada się tak. - Zszedł z „krzesła” i usiadł na ziemi. Seiza to była odpowiednia pozycja, po co to udziwniać jakimś wymyślnym… czymś? - To wy macie jakieś za duże stoły i poduszki na nogach. - mruknął zdziwiony. No bo kto to widział, siadać na takim czymś.?
     Shitsuo zachichotał cicho. Mały różowy gość był naprawdę zabawny gdy nadymał policzki. Skłonił się jednak pospiesznie spiesząc z wyjaśnieniami.
- W Europie z której razem z paniczem pochodzimy ten właśnie sposób siadania uznawany jest za „normalny”. Proszę o wybaczenie, jednak nie mamy tutaj stołu odpowiadającemu pańskim wymagania więc czy mógłby pan przymknąć na to oko i spróbować zjeść posiłek w ten sposób.
     Oszołomiony lekko tą zawiłą przemową Sakuraya kiwnął tylko głową i spróbował znów usiąść na krześle. Nie był pewien czy dobrze, ale przynajmniej siedział. Czuł się niekomfortowo ze zwisającymi z siedzenia nogami. Jego sytuacji nie poprawiał też blondyn, gdy stojąc za nim śledził każdy jego ruch.
- Um... Shitsuo-san~?
- Tak, paniczu?
- Gdzie!? - pisnął przerażony, gotów schować się pod stół. Bał się tego demona sprzed chwili, naprawdę się bał. A teraz słysząc „paniczu” myślał, że on gdzieś tu jest.
- Czy mogę się dowiedzieć, cóż to panicz wyczynia pod stołem?
- Tu też jest!? - pisnął jeszcze bardziej przerażony i doskoczył do nóg blondyna. - Niech on sobie pójdzie…Proszę~! - jęknął, wtulając się w jego nogi.
- Przepraszam, ale nie rozumiem… - westchnął blondyn. Podniósł małego gościa i usadził go na krześle. Ukucnął, by mieć twarz na tym samym poziomie co rozmówca.
- No bo… Shitsuo-san mówił, że „panicz” tu jest… Ja się boję panicza. - wyjaśnił niepewnie. Trochę się zarumienił. Głupio mu było się przyznawać do takich rzeczy. Spojrzał prosząco w złote oczy blondyna. - Czy on mógłby już sobie stąd iść~?
- Ach… rozumiem. - Służący wreszcie pojął, że gość uznaje „panicza” za nazwę stosowną tylko dla „Hibyi-samy” nie zaś za słowo odnoszące się go każdego gościa jak i pana domu. – Proszę o wybaczenie, jednak chyba mnie… Nie zrozumiałeś… - Uśmiechnął się czekając, aż brunet się przedstawi.
 - Ach, nie przedstawiłem się. - Dotarło do bruneta. Szybko zszedł z krzesła i skłonił się, przepraszając za swoje zapominalstwo i tłumacząc to niecodziennym spotkaniem w lesie.
- Rozumiem, więc czy mógłbym poznać pań… Twoje imię?
- Sakuraya~! - Brunet uśmiechnął się wesoło i skłonił lekko. Jego mina trochę zrzedła, gdy zobaczył wyciągniętą dłoń blondyna. Popatrzył na nią głupio. - Eee… Przepraszam, ale co ja mam z tym - tu wskazał na rękę - zrobić?
- Uścisnąć?
- Co to za dziwny kraj~? - Sakuraya pokręcił z politowaniem głową i niepewnie uścisnął rękę.
- To w Japonii nie ściska się rąk?
- Nie, to było by niewybaczalne, kłaniamy się~. - Uśmiechnął się i jeszcze raz delikatnie skłonił. Shitsuo spróbował powtórzyć gest bruneta, ale ten widząc jego starania tylko leciutko zachichotał, zakrywając rękawami kimona usta.
- Nie aż tak nisko Shitsuo-san~! Taki ukłon zarezerwowany jest dla osób o wyższej pozycji niż my~. - mruknął.
- Z całym szacunkiem, ale tak właśnie jest. - poprawił go.
- Jak to~? Jestem gościem, nieznajomym w dodatku, zaproszono mnie tutaj, więc to ja jestem niższy rangą…
     Przez następne dziesięć minut brunet starał się wytłumaczyć nowemu znajomemu jak to działa w Japonii i jak, po co, dlaczego tak się kłaniamy.
- Dobrze. – podsumował cały wywód kamerdyner. – Postaram się to zrozumieć, jednak teraz powinieneś coś zjeść... Sakuraya-san? - Nie był pewien, czy ma mówić z końcówką. Nie wiedział nawet co ona oznacza, ale… Sakuraya tak właśnie się do niego zwracał, więc…
- Um… Nie musisz być tak formalny, Shitsuo-san.
- Ale używasz tego samego przedrostka w stosunku do mnie, więc…
- No oczywiście, w końcu jestem młodszy~! - Machnął ręką. Niepewnie popatrzył na kilka półmisków na których leżało… coś. Tak, to na pewno było coś. Rozpoznał rybę, choć nie przypominała ona w żadnym calu tej, którą jadał. Popatrzył niepewnie na blondyna, poszukując pomocy. Pałeczek też nie widział. Poza tym ryba była za duża, żeby ją chwycić pałeczkami. Westchnął cicho i chwycił za ten dziwny trójząb i nóż które wcześniej dostał. Obrócił je tak, by trzonki, za które normalnie chyba powinno się je trzymać, były po zewnętrznej stronie. No cóż wyglądało to jak prowizoryczne płaskie pałeczki.
     Shitsuo widząc wyczyny gościa o mało nie złapał się za głowę.
- Widelca też nikt cię nie uczył używać?
- Em… Trójzębu? - Wskazał widelec. - Taki duży~… - Rozłożył ramiona na całą szerokość. - Używamy do łowienia niektórych gatunków ryb… Ale taki mały… Nigdy nie…
- Dobrze, rozumiem. - zachichotał cicho blondyn. Widząc szczęśliwego Sakurayę pokazującego jaki wielki jest trójząb do łapania ryb jakoś tak… było mu weselej.
- Nie śmiej się ze mnie Shitsuo-san~... - Naburmuszył się i nadął policzki. - Lepiej pokaż jak tym wynalazkiem mam jeść… I może najpierw powiedz co to jest~? - Wskazał na talerz.
- Dobrze, czyli od początku. - westchnął blondyn. Starał się jakoś wyjaśnić, jak jeść widelcem i nożem. Jednak widząc, że raczej nie odniosło to zamierzonego efektu, podniósł Sakurayę i sam usiadł na krześle, sadzając bruneta na swoich kolanach.
- Co robisz~!? - pisnął, wystraszony. W końcu mówił mu o przestrzeni osobistej, a tym bardziej jak się ją traktuje w Japonii. Mimo to blondyn nic sobie z tego nie robił. - Takie spoufalanie się... - zaczął znów, odwrócił głowę w bok. To było nienormalne, tak nie powinno być, nikt tak nie robił... - myślał gorączkowo, cały czas starając się ukrywać rumieńce.
- Patrz uważnie. - Usłyszał ciepły, prawie mruczący głos przy swoim uchu. Zrobiło mu się gorąco. Szybko przekręcił głowę tak, by patrzeć przed siebie. Shitsuo powoli wziął sztućce w ręce, a gdy upewnił się, że jego mały gość rozumie jak ma je trzymać, wsadził najpierw widelec a później nóż w jego małe rączki. Trochę się trzęsły. Brunet był zdziwiony ciężarem sztućców, w porównaniu z bambusowymi pałeczkami, którymi zwykle jadał, te okazały się cięższe i bardziej toporne. Dodatkowo nie miał pojęcia jak tym jeść. Spojrzał na to logicznie. To coś w jego prawej ręce nazwano nożem... Było podobne do tanto, jak sam zauważył, więc może jeśli wbije go w to dziwne coś na talerzu~... Zrobił pewną siebie minkę chcąc dodać otuchy swojemu odbiciu w srebrnym nożu. Zamachnął się i z impetem dźgnął brązową półkulę przed sobą. Sztuciec wszedł bez najmniejszego problemu, jednak nie dane było brunetowi się tym nacieszyć. Ze środka potrawy wyciekło coś brązowego i gęstego, a on przerażony pisnął, bojąc się, że tak nie powinno być. Cofnął się na tyle na ile mógł. Uderzył plecami o tors lokaja i zaraz zaczął przepraszać. 
     Czując ogromne poniżenie odłożył sztućce na stół i zakrył policzki rękawami kimona. To było upokarzające. 
- Mogę wziąć pałeczki~? - pisnął po chwili. Skorzystał ze swoich pokładów odwagi, by jego głosik nie brzmiał aż tak piskliwie, jednak nie podziałało. Był zestresowany, nic nie rozumiał, do tego jeszcze blondyn zaczął cicho chichotać zamiast mu pomóc. Sakuraya fuknął urażony, chcąc jak najszybciej zejść. Powstrzymała go przed tym jednak ręka blondyna, obejmująca go w pasie i jego ciepły głos.
- Spokojnie Sakuraya-chan... Niestety nie możesz użyć pałeczek. Nie tylko ich nie posiadamy, ale również niemożliwym jest zjedzenie nimi angielskiego posiłku. Pozwól, że ci pomogę.
- D-dobrze... - mruknął przestraszony i wrócił na miejsce. Znów zaczerwieniły mu się policzki, gdy blondyn chwycił jego dłonie w swoje. Dokładnie ułożył mu w dłoniach sztućce a później poruszał jego dłońmi krojąc... coś. No właśnie, Sakuraya nie miał pojęcia czym jest owo "coś", które w tej chwili podsunięto mu pod nos nadziane na trójząb... to jest widelec.
- No Sakuraya-chan, otwórz buzię.
- Nie mów do mnie jak do dziecka~... - naburmuszył się. Znów popatrzył niepewnie na potrawę. - Shitsuo-san, co to jest~? - zapytał w końcu.
- Filet z łososia na młodych szparagach, okraszony cytryną i bukietem świeżych ziół. - mruknął. W sumie gotował na szybko i starał się nie stworzyć nic wymyślnego, by ich mały, uroczy gość nie poczuł się dziwnie... Dziwniej.
- Cy-try-na i szaszagi? - zdziwił się. W życiu nie słyszał o tak dziwnych nazwach. Obrócił się i popatrzył na blondyna, licząc, że mu wszystko wyjaśni.
- Nie "szaszagi" tylko szparagi. - poprawił go. - To takie warzywo. Nie martw się, nie zatrujesz się. - Pogłaskał go po głowie, na co brunet znów się uroczo zarumienił. Nie powinien się tak odnosić do gościa, ani tak zachowywać. Jednak byli sami, a brunet był naprawdę uroczy. Shitsuo w tej chwili żałował, że to nie Sakuraya jest jego małym paniczem. Na pewno byłoby weselej na dworze z kimś takim. 
     Sakuraya jeszcze chwilę, niepewnie, popatrzył na widelec i delikatnie wziął łososia do ust. Okazał sie zaskakująco dobry. Uśmiechnął się więc z uznaniem dla umiejętności kulinarnych blondyna i otworzył buzię, czekając na następna porcję, którą z reszta za chwilę dostał.
     Po którymś gryzie z kolei Shitsuo nadal trzymał ręce ze sztućcami Sakurayi. Co bruneta trochę frapowało... Mógłby przecież spróbować sam, już widział, jak to robić. Ba, nie tylko wiedział ale i czuł. Wzdrygnął się, gdy poczuł gorący oddech na szyi.
- A teraz powiedz "aaa~". - poprosił głos, a Sakuraya oblał się delikatnym rumieńcem.

- S-Shitsuo-san~!!! - pisnął, starając się wyrwać. Jednak blondyn był silniejszy i przytrzymywał go w pasie, uniemożliwiając wstanie. Blondyn tylko mocniej go przytulił.
     Bóstwo, teraz w formie człowieka, spiął się ze strachu. A co jeśli to naprawdę są złe demony, a Shitsuo tylko miał uśpić jego czujność i go zjeść? Nie może przecież wrócić do swoich czasów, bo kadzielnica została w świątyni...
     Sakuraya poczuł coś, jakby materiał na swojej szyi. Tylko, że to nie było jego kimono, to musiała być... Ręka tego demona! Zesztywniał ze strachu, czując dokładnie, ja ta dziwna nieludzka ręka sunie po jego szyi, a później po brodzie, by ostatecznie zatrzymać się na podbródku i odwrócić go w stronę złotych oczu właściciela owej dłoni. Przerażony już Sakuraya spojrzał na blondyna... Jego spojrzenie musiało wiele zdradzać, bo Shitsuo najpierw się zdziwił, a potem uśmiechnął, poluzowując uścisk. Sakuraya odetchnął z ulgą i w tym samym momencie znów o mało nie przyprawiono go o zawał.
- Shitsuo! Shitsuo gdzie jesteś?! Wzywam cię od pięciu minut! Czyżbyś ogłuchł?! - Usłyszał tego "króla demonów chaosu". Tym razem sam się wtulił w blondyna... Za bardzo bał się tego rozkapryszonego książątka... Jeszcze gotów go zjeść, bo spędza czas z jego lokajem.
     Shitsuo cmoknął przez zęby i wstał razem z brunetem. Odstawił go na podłogę i skłonił się przepraszająco.
- Najmocniej panicza przepraszam. Widać trochę mnie poniosło. Proszę o wybaczenie. - recytował sztywne formułki, które Sakurayi bardzo się nie podobały. W końcu żył w Japonii, gdzie takie rzeczy jak "następnie szanowny klient raczy zdjąć tę szanowna nakrętkę z naszego skromnego produktu i raczy łaskawie skonsumować ten szanowny jogurt" były wręcz normalnością. Jednak takie sztywne formułki w ustach blondyna były wręcz okropne. Orihara sam przestraszył się tej myśli, ale już chyba wolałby, żeby Shitsuo był taki jak chwilę temu, niż tak sztywny jak teraz.
- Ni-nic się nie stało~... - mruknął, nadal oszołomiony. - Dobrze. - zgodził się gdy usłyszał, że gdy tylko blondyn wypełni polecenie swojego panicza przyjdzie tu i prosiłby, aby brunet się stąd nie oddalał. - Na własną rękę odkryję tajniki waszej kuchni~! - Uśmiechnął się uroczo i wrócił na krzesło, chwytając sztućce. Shitsuo tylko skłonił się raz jeszcze, opuszczając pokój. 

Koniec części pierwszej.